Wiem, że już dawno po, i że luty, że kto by tam myślał o minionych lekturach, skoro w zanadrzu tyle nowości. Ale hola, hola! Książki przecież nie mają terminu ważności, a o tych naprawdę dobrych należy mówić (pisać!) na okrągło. Poza tym nie wyobrażam sobie lepszego początku niż domknięcie czytelniczego roku minionego.

Dużo dobrego czytania, mało literackiej marnoty

Taki był 2016 rok, który na książkowej niwie okazał się wyjątkowo obfity w czytelnicze emocje, olśnienia i zachwyty. Przeczytałam całą masę znakomitych książek, choć w porównaniu z czasami świetności Lekturek czytam teraz mniej. Za to z większym namysłem dobieram sobie lektury. I dobrze na tym wychodzę, bo niewypałów jest coraz mniej, a to że porzucam książkę w trakcie (lub kończę zgrzytając zębami) to dlatego, że nie pociąga mnie styl i warsztat autora, a nie tematyka.

Ponieważ wyszedł mi tekst z gatunku „na pięć scrolli” dzielę go na dwa i w pierwszej części…

Te najlepsze

Tytułami już dzieliłam się na Facebooku i Instagramie, ale nie opatrzyłam ich żadnym komentarzem. Ten zostawiłam sobie na okoliczność odpalenia Podróży po kulturze.

Przy okazji nasunęła mi się pewna refleksja. Wychodzi na to, że najbliższe memu czytelniczemu serduszku są książki, które albo mnie bawią (vide Witkowski, Kołodziejczyk) albo emocjonalnie angażują i tematycznie pociągają (vide Orbitowski, Kącki, Kuźniak, Kopińska, Seierstad), albo dzieją się na pensji (lub w innym internacie). Poza tym, jak widać, w głębi duszy muszę być patriotką, bo czytam przede wszystkim polskich autorów. Dawnych bywalców Lekturek może zaskoczyć brak kryminałów. Od czasu, gdy Piotr Głuchowski i Zygmunt Miłoszewski porzucili fikcję, kryminały mnie tylko rozczarowują. Wolę true crime.

Do rzeczy. Książki w kolejności czytania

>> „Inna dusza” Łukasza Orbitowskiego (Wydawnictwo od Deski do Deski) – to był mocny początek roku. Oklaski za niesamowity klimat czasów transformacji, portret Bydgoszczy lat 90., ale też za wstrząsającą historię podaną tak, że chyba nikogo nie pozostawi obojętnym. Dzięki „Innej duszy” odzyskałam wiarę w prozę.

>> „Białystok. Biała siła, czarna pamięć” Marcina Kąckiego (Wydawnictwo Czarne) – Podlasie znam, lubię, odwiedzam, ale konterfekt wymalowany przez Kąckiego dosłownie wbił mnie w fotel. Nie jest to książka ani przyjemna, ani lekka, za to boleśnie aktualna. Koniecznie.

>> „Dysforia. Przypadki mieszczan polskich” Marcina Kołodziejczyka (Wielka Litera). Pan Kołodziejczyk cichcem i niespodziewanie wysforował się na mojego ulubionego autora literatury faktu. Styl, język, tematyka bardzo na tak. Uwielbiam jego zabawy z formą. Zresztą „B. Opowieści z planety prowincja” również bardzo mi się podobały. Czytałam ją ładnych kilka lat temu, a wciąż pamiętam część reportaży.

>> „Tajemniczy opiekun” Jean Webster (O. W. Rytm) – urocza ramotka w pensjonarskich klimatach (bez komentarza).

>> „Fynf und cfancyś” Michała Witkowskiego (Znak) – Michaśka literatka z kolei wysforowała się na mojego ulubionego prozaika. Książka (umówmy się: specyficzna) rozbawiła mnie do łez. I to nie raz. Do tego niepodrabialna fraza, te złośliwości, błyskotliwości i ironiczne prztyczki w nos. Ach i oczywiście piękny portrecik Szwajcarii. Cud, miód, orzeszki.

>> „Stryjeńska. Diabli nadali” Angeliki Kuźniak (Wydawnictwo Czarne) – moja ekscentryczna imienniczka fascynuje mnie od dawna, a biografia reporterska Angeliki Kuźniak tylko tę fascynację pogłębiła. Początki były niełatwe, a czytanie zajęło mi kilka ładnych tygodni. Mniej więcej w połowie coś jednak drgnęło, dałam się porwać Zosze, jej wyobraźni, szalonym pomysłom, frazie (cytaty z Stryjeńskiej można zresztą śledzić na Facebooku o tu). Teraz mierzę się z myślami o nowowydanym pamiętniku. Póki co uprawiam wirtualnie „lizanie przez szybkę”. Już nie muszę. Mam swoje :).

>> „Polska odwraca oczy” Justyny Kopińskiej (Świat Książki) – dość ponurych książek! – obiecywałam sobie, po czym pożyczyłam od przyjaciółki (Kasiu, ukłony) „Polska odwraca oczy”. Ta książka to był kopniak w splot słoneczny. Czytanie znów rozwlekło się na tygodnie, bo historie opisane przez Kopińską emocjonalnie mnie wydrenowały. Koniecznie okazały się dłuższe przerwy po przeczytaniu dwóch, góra trzech, reportaży. Podziwiam autorkę, że ma odwagę pochylać się nad sprawami z góry przegranymi, zepchniętymi na margines, że drąży niewygodne tematy. Kapelusze z głów.

>> „Szwedzi. Ciepło na Północy” Katarzyny Molędy (Wydawnictwo Czarna Owca) – literacko nic wielkiego. Odstaje od reszty wzmiankowanych tu tytułów, bo jest to książka jednostronna, bardzo subiektywna. ALE czyta się ją znakomicie. To taka sprawnie napisana kompilacja ciekawostek. Do tego o wywrotowym potencjale. Brwi szły w górę na widok kolejnych rewelacji, a w tyle głowy kiełkowało pytanie: dlaczego TAK miło i wygodnie nie może być w Polsce?

>> „Jeden z nas. Opowieść o Norwegii” Asne Seierstad (Wydawnictwo W.A.B.) – W myśl postanowienia: dość ponurych książek (na którego nieprzestrzeganie tylko dobrze wychodzę) nie chciałam czytać o Breiviku, ani tym bardziej wracać do tragedii na wyspie Utøya. Co mnie przekonało? A to, że Breivik i Utøya to część książki Seierstad. Lektura okazała się emocjonalnym rollercoasterem. W tej książce wszystko jest dobre! Są bowiem w „Jednym z nas” fragmenty, które czyta się ze ściśniętym gardłem (zgadnijcie które), ale i takie, które są po prostu arcyciekawe (polityka społeczna i norweskie państwo opiekuńcze) i takie, które czyta się z rosnącym zdziwieniem (czy wiesz, że Breivik dorobił się kroci na podrabianiu dyplomów?), zapartym tchem (przygotowania do godziny zero) i złością.

Ale to jeszcze nie koniec podsumowania. W zanadrzu wciąż mam kilka świetnych tytułów, które są warte wspomnienia i skomentowania, choć nie załapały się na podium. Będą też miny. Czyli czytelnicze wtopy.

Czytaliście, któreś z tych książek? Podzielacie moje zachwyty? A może wcale nie?

Komentarze Facebooka