A może byśmy tak, najmilszy, wpadli na weekend do Lwowa? – rzuciłam od niechcenia, któregoś lutowego wieczora. Pomysł spotkał się z aprobatą małżonka i nim się obejrzałam był już marzec, a my pomykaliśmy w stronę przejścia granicznego w Korczowej. I wtedy zaczęły się schody.

Nazwijcie to ironia losu albo czym tam chcecie. W drodze do Lwowa akurat czytałam tekst Pawła Tkaczyka o tym jak pisać wciągające relacje z podróży. Zapamiętałam z niego jedno: tarapaty dodają opowieści ikry. Moment załamania to suspens. – pisze Tkaczyk. Prorocze były to słowa. Nim w ogóle wjechaliśmy na Ukrainę cała wyprawa zawisła na włosku!

Autem na Ukrainę

Jazda na zachód i to całe Schengen rozwydrza. Serio. Przed wyjazdem, rzecz jasna odrobiliśmy lekcję z granicznych formalności i ukraińskich obiegówek, ale rzeczywistość zaskoczyła nas jak tylko dobiliśmy do Korczowej.

Więc po pierwsze była kolejka. Długa jak cholera. Dwie godziny minęły nim w ogóle wjechaliśmy na teren przejścia granicznego. A tam supermiły pan pogranicznik zabrał nasze dokumenty. I zniknął na dobry kwadrans. A gdy wrócił miał jakąś taką zatroskaną minę. – Czy w 2014 roku ukradziono państwu tablicę rejestracyjną? – zapytał. Nie zaprzeczyliśmy, a on zafrasował się jeszcze bardziej. Bo według systemu my wciąż jeździmy bez tablicy, a przecież obie rejestracje mamy.

I tak, mili państwo, do dwóch godzin w kolejce doszło kolejne półtorej na boczku. Każde z osobna po cichu pogodziło się, że weekend skończy się nim się zaczął i zamiast we Lwowie wylądujemy z powrotem w Krakowie, a ten żul co nam zaiwanił rejestrację pod biedrą niech się smaży w piekle (na wolnym ogniu). A jednak nastąpił (wyczekiwany) zwrot akcji – warunkowo nas przepuszczono! Formalności po ukraińskiej stronie też swoje trwały, więc gdy w końcu wtoczyliśmy się na drogę do Lwowa było grubo po północy.

Lwów samochodem – to da się zrobić!

O ukraińskich drogach krążą opowieści grozy, ale akurat ta do Lwowa (M10) jest w całkiem przyzwoitym stanie. Równa, umiarkowanie dziurawa.

Zabawa zaczęła się, gdy dojechaliśmy do miasta. Trudno to będzie oddać słowami. Żeby uwierzyć trzeba przeżyć. Taka ulica Szewczenki. Jest wybrukowana, jak większość starego miasta we Lwowie i jest to bruk, który pamięta czasy Galicji. Dziurawy? Nawet nie. Nierówny? O tak! Muldy i zapadliska, zapadliska i muldy, a na środku wystające tory tramwajowe. Szybciej niż 20 na godzinę po tym jechać się nie da, no chyba że nie żal ci zawieszenia.


CZYTAJ RÓWNIEŻ: Weekend we Lwowie samochodem – jak zorganizować?


Co robiliśmy we Lwowie

Dobiliśmy w końcu do hotelu (Etude – polecam!) i jak kawki padliśmy do łóżka. A że żadne nie nastawiło budzika, to w sobotę wstaliśmy dopiero koło 11 i od razu ruszyliśmy na stare miasto (rzut beretem od hotelu). Nie mieliśmy ani przewodnika, ani konkretnego planu zwiedzania, tylko kilka interesujących adresów wypisanych w notesie i bardzo kiepski darmowy plan centrum. Wystarczyło, bo Lwów to miasto stworzone do niespiesznego szwendania się. Zaczęliśmy od wdrapania się na wieżę ratuszową (kto mnie zna, wie że ja nie odpuszczam punktom widokowym). Koszt tej przyjemności to 30 UHA od łebka. W cenie milion stopni w górę (i dół) oraz kapitalne widoki. Więc moim zdaniem warto. Warto też  zaliczyć lwowskie pchle targi, a są dwa. Pierwszy, zlokalizowany nieopodal opery, oferuje głównie rękodzieło ludowe, ciuchy, ikony, ceramikę, obrazy, a także trochę chińszczyzny. Drugi leży przy ulicy Pidvalna i znajdziecie tam książki (także polskie!), winyle i różne stare szpargały.

Lwowskie pchle targi: Wernisaż nieopodal opery i targ bukinistów przy klasztorze dominikanów

Zwiedzanie metodą „bez planu” może i jest chaotyczne, ale i tak (prawie) zawsze doprowadza mnie tam, gdzie chcę trafić. I tak szwendając się bez wyraźnego celu trafiliśmy najpierw do katedry ormiańskiej (oszałamiająco piękne polichromie), a potem do Domu Legend. To kultowa knajpa (choć zdaje się, że na jej czar łasi są głównie turyści), w której każde piętro poświęcone jest innej lwowskiej legendzie, na dachu zaparkował trabanta (ponoć na chodzie – nie sprawdzałam), a wąskie i trochę zarwane schody przyprawiają o dreszcz grozy. Mnie w każdym razie przyprawiły. W Domu Legend karmią, ponoć nieźle, ale my zrobiliśmy sobie tam przerwę na piwo. Obiad – królewski – zjedliśmy w restauracji Kumpel (klimaty galicyjskie, tylko dla mięsożerców). Pyszne jedzenie, wysoce satysfakcjonujące porcje i do tego świetne piwo, zresztą ważone na miejscu. Za wszystko zapłaciliśmy około 60 złotych (w przeliczeniu z hrywien, rzecz jasna). A po obiedzie spacerkiem udaliśmy się w stronę opery.

Lwów w marcu 2017: trabant na dachu Domu Legend, rynek, targowisko, pomnik Mickiewicza i antyczna umywalka

Idź do opery we Lwowie

Jeszcze w Polsce weszłam na stronę opery, a właściwie Lwowskiego Narodowego Akademickiego Teatru Opery i Baletu im. Salomei Kruszelnickiej (uff). Chciałam sprawdzić zasady zwiedzania, a że strona była po polsku, to zajrzałam do repertuaru. W weekend grali Carmen. Bilety jeszcze były, w dodatku tanie jak barszcz (za dwa w pierwszym rzędzie zapłaciłam ok. 80 złotych) i dostępne przez Internet. Decyzja sama się podjęła. I tak w sobotę wieczorem wylądowaliśmy w ukraińskim teatrze.

Lwowski Narodowy Akademicki Teatr Opery i Baletu im. Salomei Kruszelnickiej i wspaniała „Carmen”

W operach najpiękniejsze jest to, że nie trzeba znać języka, aby móc czerpać przyjemność ze słuchania i oglądania. Na Carmen tych uciech było co niemiara. Spektakl wystawiony był z nieprzyzwoitym  wręcz rozmachem. Dekoracje zmieniały się co akt, podobnie jak piękne kostiumy, a solistom towarzyszył potężny chór i stadko rozśpiewanych dzieci. Na scenie bywało tak tłoczno jak nie przymierzając we lwowskiej komunikacji miejskiej! Carmen zrobiła na nas piorunujące wrażenie. Sceny chóralne, podobnie jak arie tytułowej heroiny dosłownie wbijały w fotel. Coś wspaniałego!

Idź na cmentarz we Lwowie

Nie było jeszcze okazji o tym wspomnieć, ale to nie była moja pierwsza wizyta we Lwowie. Z tej poprzedniej (w 2000 roku) niewiele pamiętam, prócz wrażeń ze spaceru po cmentarzu Łyczakowskim. Już wtedy uderzył mnie kontrast między polskimi nagrobkami, a tymi stawianymi w czasach Związku Radzieckiego. Pamiętam, że jeden z radzieckich pomników składał się z kamiennego popiersia ze złotymi okularami w skali 1:1. Tym razem nie udało mi się go wypatrzeć, ale trafiło się sporo innych interesujących okazów.

Cmentarz Łyczakowski i Cmentarz Orląt Lwowskich

Wstęp na teren cmentarza Łyczakowskiego jest płatny (25 UHA jeśli pamięć mnie nie myli). W kasie zaopatrzyliśmy się też w broszurę z mapką. Bez niej trudno byłoby namierzyć interesujące nas mogiły, na czele z grobem Artura Grottgera, w dalszej kolejności Konopnickiej, Zapolskiej, Banacha i kwartałem Orląt Lwowskich. Mam sentyment do obrazów i kartonów Grottgera, podobnie jak do historii jego niespełnionej miłości do Wandy Monne. W czasach liceum polonistka niestrudzenie kładła nam ją do głowy. Oczywiście w 2000 roku byliśmy na jego grobie. Pamiętam, że wiązało się to z przeprawą przez jakieś krzaki, po których dziś nie ma śladu.

I tak powoli kończy się ta opowieść. W drodze powrotnej, na granicy zmitrężyliśmy kolejne pięć nudnych i nerwowych godzin. Znów musieliśmy się tłumaczyć z ukradzionej rejestracji (żulu bądź przeklęty!), a także zdeklarować ilość wwożonego do Unii Europejskiej paliwa.

Na pytanie, czy weekend we Lwowie to dobry pomysł, odpowiadam z pełnym przekonaniem: TAK!

Miasto okazało się szalenie miłym zaskoczeniem. Pobyt nie kosztował nas wiele, spędziliśmy czas po królewsku i gdyby nie graniczne perturbacje byłoby niemal idealnie. Oboje połknęliśmy lwowskiego bakcyla i pewnie nie raz wrócimy na Ukrainę. Zanim jednak znów staniemy w ogonie na granicy, spodziewajcie się wpisu z informacjami praktycznymi jak taki wypad zorganizować, a w zasadzie jak my to zrobiliśmy i ile nas ta zabawa kosztowała (uprzedzając fakty: niedużo).

Zatem stay tuned!


Żebractwo dwudziestego pierwszego wieku:

✱ Spodobał Ci się ten tekst? To udostępnij go swoim znajomym. Będzie mi supermiło.
✱ Nie chcesz, aby umknęły Ci kolejne? Obserwuj Podróże po kulturze na Bloglovin i zBLOGowani.
✱Albo zostaw swój e-mail (boks w prawej kolumnie bloga), a dostaniesz powiadomienie natychmiast po publikacji nowego wpisu.
✱ Zapowiedzi tekstów, krótkie recenzje, zdjęcia i inne fajne rzeczy znajdziesz też  na Facebooku.
✱ Na Instagramie Podróże po kulturze od kuchni.
✱ A może chcesz się ze mną skontaktować?

Komentarze Facebooka