Umówmy się: Północne Włochy, to nie są typowe Włochy (jeżeli w ogóle możemy sobie wyobrazić kategorię „typowe cokolwiek”), a Bolzano – miasto i prowincja w Południowym Tyrolu – to już zupełnie inna bajka. Ba, można sobie wyrobić błędne wyobrażenia na temat całych Włoch na podstawie wizyty w Południowym Tyrolu. Że czysto, że bardzo zielono i… drogo! Bo, owszem, są to Włochy, ale takie trochę na opak…

Witajcie w krainie Horsta i Helgi

We Włoszech mówi się tylko po włosku? Bzdura! Południowy Tyrol to region dwujęzyczny, a to co włoskie z austriackim będzie się tu mieszać bez przerwy. Szwabachą zapisuje się tu włoskie nazwy (a trattorie u Karla, pizzerie u Heidi to norma), germański ordnung raz po raz zwycięża włoską dezynwolturę. Jest porządnie, czysto, schludnie i po mieszczańsku. Zasady – na które w innych częściach Włoch przymyka się oko – tu są przestrzegane z pełną powagą.

Jak odnajdują się w tym Włosi? Ha! I tu niespodzianka. Prowincja została wcielona do Włoch po I wojnie światowej, ale jej rdzennych mieszkańców nie wysiedlono. Tyrolczycy wciąż stanowią większość mieszkańców regionu. Z biegiem lat wywalczyli sobie całkiem sporo przywilejów. Dwujęzyczne nazwy to tylko mały dodatek do statusu autonomicznego, niskich podatków i wysokich subwencji rządowych. Nic dziwnego, że reszta Włoch patrzy na Bolzano niechętnie i z zazdrością.

Miasto Otziego i Reinholda Messnera

Samo miasto jest osobliwe. Nie, nie jest brzydkie, choć z łatwością mogłabym wymienić sporo bardziej efektownych. Ale jest w nim co oglądać, gdzie spacerować i co zjeść (o tak). Ma natomiast jedną zasadniczą wadę: jest drogo.

Dotychczasowe wizyty we Włoszech przyzwyczaiły nas, że niewiele potrzeba, aby objeść się do nieprzytomności pysznym jedzeniem i nie zbankrutować. W Bolzano to nie działa. Tam jest po prostu drogo. Test espresso nie pozostawia żadnych złudzeń: przeciętnie we Włoszech za filiżankę płaci się 1 euro. W Bolzano 1,20. I wszystko inne jest tu również proporcjonalnie droższe o 20%. Warto się na to (również psychicznie) przygotować przed wyjazdem.

Najlepszy widok z balkonu: winnica, góry, palmy

Pewne rzeczy w Bolzano dostępne są jednak za free. Na przykład widoki. Za te szczęśliwie nie trzeba płacić. Miasto – położone w dolinie rzeki Talfer – szczelnie otacza kordon gór, a te odpowiadają za mikroklimat szczególnie miły dla winorośli. Winnic jest tu w bród, są również znakiem rozpoznawczym dzielnicy, w której zatrzymaliśmy się dwukrotnie. Wyobraźcie sobie ranną kawę na tarasie, w cieniu palmy, z widokiem na winnicę (plan pierwszy) i tonące w zieleni zbocza Dolomitów (drugi plan). Takie rzeczy tylko w Gries – San Quirino. Jeszcze w 1925 roku była to niezależna osada, do dziś zachowała swój odrębny charakter. Bardziej tu rolniczo niż miejsko. Centralnym punktem jest niewielki rynek z opactwem Benedyktynów. Mnisi, rzecz jasna, przerwy między modłami poświęcają na produkcję wina m.in. z charakterystycznego dla regionu szczepu lagrein.

Z Gries do historycznego centrum Bolzano najkrótsza droga wiedzie pompatyczną przez duże p aleją Wolności (Corso della Liberta). Ta pamiątka po rządach Mussoliniego uzmysławia, że socrealizm sporo łączy z faszyzmem. Przynajmniej w architekturze. Stare miasto jest po drugiej stronie rzeki Eisack i jak to ze starówkami bywa ma do zaoferowania katedrę (wewnątrz przyjemny chłodek, na zewnątrz piękny dach), urokliwe zakamarki, kafejki, sklepy ukryte w podcieniach i główny plac noszący imię legendarnego średniowiecznego trubadura – Walthera. Jest ładnie, ale nie ma nic, co podcięłoby nogi z wrażenia. Co innego górne Bolzano, ale to za moment.

Pożałowałam 10 euro i nie poszłam do Muzeum Archeologicznego zobaczyć na własne oczy Człowieka Lodu, czyli Ötziego. Skąpstwo wyrzucam sobie do dziś, bo zdjęcia w necie jednak nie zaspakajają mojej ciekawości. Nie byłam też w Messner Mountain Museum i tego akurat wcale nie żałuję. Za to któregoś wyjątkowo upalnego dnia wybraliśmy się do jednego z trzech zamków-twierdz w Bolzano: Castello Roncolo (Runkelstein). Zamek niewielki, położony na niewysokim acz diablostromym wzniesieniu, to taka kieszonkowa twierdza. W środku – freski, słynne bo przedstawiające świeckie scenki rodzajowe. My jednak nie mogliśmy oprzeć się urokowi gospody na dziecińcu i nad oglądanie średniowiecznych malowideł przedłożyliśmy dolce far niente z filiżanką cappuccino.

To nie Roncolo, a jeszcze inny zamek w Bolzano

Freud i Malinowski

Bolzano to ponoć najcieplejsze miasto we Włoszech (i przy okazji najbardziej wysunięte na północ). Faktycznie w czerwcu żar lał się z nieba, a piwo (lepsze niż gdzie indziej we Włoszech) wydrenowało nam portfele do cna. Nie jest żadną wiedzą tajemną, że gdy upał dopieka warto prysnąć w góry. Wiedzą to i mieszkańcy Bolzano, którzy skolonizowali jedno ze wzgórz nad miastem. To Soprabolzano – dzielnica położona na płaskowyżu Renon (Ritten), w której jest pięknie jak w (austriackiej) bajce. Śliczne małe domki, mnóstwo zieleni, zero szyldozy, porządek (ordnung!), klimat przedwojennego kurortu, zapierająca dech w piersiach panorama Dolomitów.

Takie widoki na ścieżce Freuda w Soprabolzano

Na Renon czeka ścieżka spacerowa imienia Freuda. Nazwa nie jest przypadkowa. Zygmunt urlopował się w Hotelu Post Victoria w 1911 roku (nadal działa! dwójka ze śniadaniem kosztuje około 100 euro), mało tego fetował tu swoje srebrne gody. Wielbicielem Soprabolzano był również Bronisław Malinowski. Autor „Życia seksualnego dzikich” mieszkał tu z rodziną ładnych kilka lat, swojego szlaku się jednak nie doczekał (może nie lubił chodzić?).

Stacyjka kolejowa w Soprabolzano

Wracając do Freuda – sympatyczny to spacer. Z kontemplacją widoków (a zaprawdę powiadam wam jest na czym oko zawiesić) i przerwą na mizianie lam (nie pytajcie) przejście trasy zajmuje około 1,5 h. W drodze powrotnej wykazujemy się lenistwem godnym, no sama nie wiem kogo, i wracamy pociągiem. Tak, pociągiem. Ta peryferyjna dzielnica Bolzano, do której jedyny sensowny dojazd to kolejka gondolowa, ma własną linię kolejową! Bilet (jeśli pamięć mnie nie myli) kosztuje 3,5 euro, a pociąg jedzie kwadrans. I jest uroczo staroświecki. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich miłośników kolei!

Sissi i Julia

W poszukiwaniu prawdziwej Italii (gdzie śmieci z kosza się wylewają, stan toalet woła o pomstę do nieba, a kawa faktycznie kosztuje eurosa) jedziemy do Werony. To tylko półtorej godziny pociągiem. Na miejscu pierwsze kroki kierujemy do Casa di Giulietta. Pod wiadomym balkonem – skłębione mrowie aparatów, fotokijków i ludzi (Werona powinna płacić tantiemy Szekspirowi). Rzut oka na dom Capulettich i obowiązkowe obmacanie biustu Julii (szczęścia w miłości nigdy dość). Do domu Romea już nie doszliśmy, bo pochłonęły nas sałatki owocowe na Piazza dell’Erbe. Niebo w gębie, podobnie jak rogale nadziewane musem z pistacji.

Podwórko w Casa di Giulietta. Biust Julii wymacany na błysk 😉

Prócz tych (głównie smakowych) wspomnień niewiele więcej zostało mi głowie z wizyty w Weronie. Z wieloma włoskimi miastami niestety jest tak, że widzieć jedno, to jak widzieć wszystkie. Podobne do siebie ulice, pałace, skwery, kościoły, wieże i zamki. Od czasu do czasu jakieś resztki fortyfikacji lub arena. I tak w kółko. Urokliwie, ale w którymś momencie robi się nudno. Do głowy przychodzą mi dwa duże wyjątki od tej tezy – Wenecja i Rzym, jeden średni – Lukka i cała masa tych maleńkich.

A to Werona w pełnej krasie

Jeszcze mniej w głowie zostało mi z wypadu do Trydentu (też pociągiem), ale ten był mocno niefartowny z kilu powodów: była brzydka pogoda, był poniedziałek, był czas sjesty. Prócz nas, paru zbłąkanych turystów i gołębi nie było tam żywego ducha, a Castello del Buonconsiglio (zamek, w którym radzili biskupi w czasie soboru trydenckiego) był zamknięty na cztery spusty. Musiałam więc obejść się smakiem i zadowolić widokiem przez dziurkę od klucza.

Ostatnią wycieczkę fakultatywną zrobiliśmy sobie do Merano. Do położonego 30 kilometrów na północ od Bolzano miasteczka dojeżdżamy… autobusem miejskim. Tutaj dygresja, Bolzano ma interesujący system biletów, który premiuje tych, którzy faktycznie dużo korzystają z komunikacji zbiorowej. Bilet pojedynczy kosztuje 1,5 euro, ale posiadacze karty miejskiej (koszt wyrobienia to bodaj 30 euro rocznie) płacą 1,2 euro. To na początek, bo w miarę korzystania cena biletu sukcesywnie spada, aż do zawrotnej kwoty… 7 eurocentów za przejazd!

Ogród botaniczny i zamek cesarzowej Sissi Trauttmansdorff

Wracając do Merano. Typem kuracjuszki nie jestem, ale słabości do uzdrowiskowych klimatów wyprzeć się nie mogę. Merano jest zaś kurortem szczególnym. Nie tylko ze względu na położenie (u stóp masywu górskiego Textel). To było ukochane miasteczko cesarzowej Elżbiety. Sissi ponoć uwielbiała długie spacery. Nic dziwnego zatem, że ścieżkę z parku Sissi do Zamku Trauttmansdorff (w którym wiodła skromne i przykładne życie) nazwano oczywiście jej imieniem.

Ogród miłości (czy jakoś tak)

Zamek jak zamek (w środku średnio interesujące muzeum rozwoju turystyki w regionie, gigantyczny flipper w stylu tyrolskim i trochę mebli z epoki), co innego rozciągający się u jego podnóża ogród botaniczny. Z fantastycznymi punktami widokowymi, romantycznymi zakamarkami, tarasowym układem, labiryntem, ptaszarnią i mnóstwem roślin z całego świata. Ogród jest piękny i robił wrażenie nawet pod koniec października. Na stronie radzą, aby na zwiedzanie zarezerwować 4 godziny. I wiece co, z przerwą na kawę i Apfelstrudel, faktycznie tyle nam to zajęło.

Wielki tyrolski flipper w Trauttmansdorff

Przydasie

A tych wiele nie będzie, bo nie bardzo jest się czym dzielić. Do Południowego Tyrolu najwygodniej dostać się autem przez Austrię. Tak właśnie zrobiliśmy. Ponoć można też autokarem. Pociąg to opcja dla miłośników przesiadek. Bezpośrednich lotów brak. Bolzano co prawda ma lotnisko, ale mieszkańcy zadecydowali w referendum, że go nie chcą i… zostało zamknięte. Noclegów też polecić nie mogę, bo gościła mnie moja droga kuzynka (Aniu z tego miejsca ukłony dla Ciebie, masz cholero w końcu przyjechać do Krakowa). My zwykle rezerwujemy je za pośrednictwem Booking.com i przy okazji, jeśli i Ty tak uczynisz korzystając z tego linka: www.booking.com/s/toja0p10, to każde z nas dostanie po 50 złotych do wykorzystania na booking.com. Mi na pewno z tego powodu przykro nie będzie 😉

Natomiast jedną rzecz mogę polecić z pełnym przekonaniem (oraz cieknącą ślinką): olej pizzę i spróbuj canederli, czyli cudownie rozpływających się w ustach, utopionych w maśle tyrolskich knedli. To jedna z najlepszych rzeczy jakie jadłam EVER. I tęsknię za ich smakiem.

Lubicie Włochy? Bywacie? Odwiedzacie?

Komentarze Facebooka