Wykolegować się od świątecznego obżarstwa, a na czas lanego poniedziałku zaszyć w jakimś suchym kącie. Ot, proste marzenia. O ironio, niechcący spełnią się w tym roku. Za tydzień, gdy wy będziecie wsuwać wielkanocne śniadania, ja – lecieć do Japonii.

A wszystko zaczęło się…

Wiele lat temu na Festiwalu Filmowym Era Nowe Horyzonty. W czasach tak odległych, że ten odbywał się nie we Wrocławiu, a w Cieszynie, a ja dopiero co skończyłam pierwszy rok filmoznawstwa. Dziś trudno mi w to uwierzyć, ale wtedy żyłam kinem i dla filmów. Przede wszystkim tych z dalekiego wschodu. To było moje ówczesne odkrycie i przy okazji wspaniałe remedium na nieme kino wałkowane bez ustanku na zajęciach.

Shinya Tsukamoto

Shinya Tsukamoto i niżej podpisana w Cieszynie na Festiwalu Era Nowe Horyzonty

Wracając jednak do Nowych Horyzontów. Tego roku w gościem specjalnym festiwalu był japoński reżyser Shinya Tsukamoto. Znany mi wówczas tylko ze słyszenia twórca m.in. Tetsuo – obiektu kultu w kręgach młodych i gniewnych filmoznawców, do których rzecz jasna aspirowałam. Z wypiekami na twarzy obejrzałam całą retrospektywę. Tetsuo – z dzisiejszej perspektywy film niestrawny – wtedy mnie zachwycił, kontynuacja Tetsuo II: Body Hammer już niekoniecznie, ale Tsukamoto kupił moją dozgonną miłość wysmakowanym, zmysłowym filmem grozy – Gemini, a rozbawił niemal do łez głupkowatym Hiruko The Goblin (typowy skok na kasę – co bez krępacji przyznawał sam reżyser).

Potem długo nic

Aż na piątym roku (a może czwartym?) musiałam zadecydować komu poświęcę magisterską dysertację. Przez całe studia byłam głęboko przekonana, że to będzie James Bond (agent 007, nie guru ornitologii, o którego istnieniu dowiedziałam się ze wspaniałej książki Stanisława Łubieńskiego). I na tym się skończyło, bo na hasło „Bond” mój promotor (wspaniały profesor Krzysztof Loska) kategorycznie wybił mi to z głowy. Z braku lepszej koncepcji padło, więc na pana Tsukamoto.

I tak wpadłam w Japonię jak śliwka w kompot

Na starcie odrzuciłam kontekst cyberpunkowy (z którym przede wszystkim kojarzono twórczość reżysera). Wybrałam bliższe memu sercu przenikanie kultur wschodu i zachodu. Albo coś w tym stylu. Już dokładnie nie pamiętam, nie ma to zresztą większego znaczenia. Ważne natomiast jest to, że o ile zachodnie tropy, ze zrozumiałych powodów, były mi dobrze znane, o tyle kultura i historia Japonii to była jakaś totalna terra incognita. Moja wyobrażenia (bo przecież nie wiedza) ograniczały się do filmów Tsukamoto, Akiry Kurosawy, Takeshiego Miike i „Między słowami” Soffi Coppoli. Miałam więc co nadrabiać.

Zabrałam się za to entuzjazmem i energią o jaką sama siebie nie podejrzewałam. Nie, nie zapisałam się na lekcje języka japońskiego, ale na kurs ceremonii herbacianej i owszem. Ostatecznie go nie ukończyłam (o co nie mam do siebie żalu, bo to jednak nudne i żmudne było), ale te kilkanaście lekcji o lata świetlne przybliżyło mnie do zrozumienia czym jest japońskość.

Dużo też czytałam

Kopalnią wiedzy okazał się „Japoński wachlarz” Joanny Bator, którego pierwsze wydanie kupiłam za psie pieniądze w internecie. Sporo radości przyniosła mi lektura „Bezsenność w Tokio” Marcina Bruczkowskiego. Przeczytałam ją jednym ciągiem i bardzo żałuję, że kolejne książki Bruczkowskiego okazały się tak wielkim rozczarowaniem. Do tego wyszperane na półce z bookcrossingiem „Życie po japońsku” Janiny Rubach-Kuczewskiej. Książka sprzed kilkudziesięciu lat, dziś niemal zapomniana, a trochę szkoda.

Zaczęłam też czytać literaturę japońską. Odkryłam Harukiego Murakamiego i Banane Yoshimoto. Sięgnęłam po klasyków: Kenzaburo Oe, Kawabatę Yasunari i Abe Kobo („Kobieta z wydm”!!!). Zżymałam się czytając „Wyznania gejszy” Arthura Goldena, bo znałam już „Gejszę z Gion” Mineko Iwasaki. W pewnym momencie brałam się za czytanie wszystkiego, co miało cokolwiek wspólnego z Japonią. Włącznie z „Imperium znaków” Roland Barthesa, kodeksem samurajskim bushido i książką o tańcu butoh. Ta ostatnia nie przydała mi się nic a nic.

Brakowało tylko jednego

Wiadomo. Wyobrażenia karmione książkami i filmami móc skonfrontować z realem.

Teraz już nie jestem pewna, czy Japonia wysforowała się na czoło mojej listy podróżniczych marzeń w czasach retrospektywy Shinyi Tsukamoto, czy dopiero gdy naczytałam się tych wszystkich książek pod koniec studiów? A może było to po obejrzeniu „Między słowami”? W każdym razie tkwiła na tej liście od dawien dawna i niespecjalnie zanosiło się na realizację. Bo daleko, obco, drogo, a pieniądze na drzewach nie rosną. Decyzję pomógł podjąć LOT, który w ubiegłym roku uruchomiły połączenia do Tokio. Rejs bez przesiadek, bez cofania się na zachód, w dodatku w cenie do przełknięcia. To było jak znak: albo teraz, albo nigdy. Więc kupiliśmy bilety i klamka zapadła.

Teraz, na tydzień przed godziną zero, bojaźń i drżenie miesza się z euforią na poziomie hard. Jeżeli przetrwamy te 11 godzin w samolocie, ogarniemy się jakoś na lotnisku i trafimy do naszego hotelu, to już będzie z górki.

Ahoj przygodo!

PS Schemat linii metra w Tokio kojarzy mi się z kompulsywnymi bazgrołami szaleńca

Komentarze Facebooka