Tego wpisu miało nie być. Ale będzie, bo po intensywnych weekendowych warsztatach krytycznoliterackich z Pauliną Małochleb wręcz poczuwam się do obowiązku skreślenia paru słów na gorąco. Po latach zabawy w organizatora szkoleń, przeskoczyłam na drugą stronę barykady. I wiecie co? Zastanawiam się dlaczego tak późno!

Bo, żeby nie było, ja wciąż pogrążona w kryzysie pisarskim, wciąż przeżywam w tę i na zad pobyt w Japonii. W Japonii, z której o zgrozo i rozpaczy, wróciłam już ponad dwa tygodnie temu. Tymczasem pióro niećwiczone, jak mięśnie, zanika. A powrót do dawnej formy pisarskiej zdaje się być trudniejszy niż do tej fizycznej (co na szczęście już za mną; rzecz jasna bolało).

I tak, rzutem na taśmę (bo ostatniego dnia) i z głupia frant (bo co szkodzi spróbować?) wysłałam aplikację na warsztaty krytyczne dla blogerów w ramach Miłosz Festival (choć ten, gwoli ścisłości, dopiero w czerwcu). Wysłałam, zapomniałam. Tym milej się zdziwiłam, gdy przyszło potwierdzenie udziału. A to, jak się wkrótce okazało, był dopiero początek niespodzianek. Wzruszenie odebrało mi mowę (tak, tak), gdy Olga Brzezińska z Fundacji Miasto Literatury wymieniła moje zgłoszenie „last minute” jako jedne z trzech najlepszych. O rany! Lepszego prezentu nie mogłam sobie wymarzyć, zwłaszcza teraz gdy na drugie mi zwątpienie, a życiowo stoję w rozkroku.

Takie fanty dostaje się od Fundacji Miasto Literatury

Takie fanty dostaje się od Fundacji Miasto Literatury

Dość o splendorach i niebosko ciężkim worku upominków (którego zawartość widać na zdjęciu). Prawda jest taka, że te weekendowe warsztaty ruszyły mnie i poruszyły. Na przykład właśnie teraz odmawiam sobie przyjemności czytania o japońskich demonach. Zamiast tego piszę. Coś zupełnie nie do pomyślenia jeszcze w miniony piątek. Nie zapeszajmy, ale impas pisarski chyba poszedł precz.

Ale warsztaty, prócz inspirującego kopniaka, dał mi jeszcze jedną zaskakującą rzecz: poezję. To coś, czego z premedytacją unikam od czasów matury. Wierszy nie czytam, nie lubię, nie rozumiem i zrozumieć nie chcę. Więc gdy Paulina Małochleb zapowiedziała, że bierzemy na warsztat Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego zbladłam z trwogi i natychmiast zaczęłam kombinować jak się z tej zabawy w analizę i interpretację wymiksować. Niepotrzebnie. To, co na warsztatach działo się wokół Dyckiego nijak się miało do wspomnień z lekcji polskiego (uf), a po drugie ta poezja jakoś do mnie trafiła. Ba, gdyby Tkaczyszyn-Dycki pisał reportaże pewnie łykałabym je jak pelikan.

I ja tam byłam, miód i wino piłam (a zdjęcie zwinęłam z FB Festiwalu Miłosza)

W przerwie, sama z siebie zaczęłam czytać jego tom „Imię i znamię” i tak mnie to czytanie wciągnęło, że (o losie!) nie mogłam się odessać. Bo język, bo rytm, bo zawikłane dzieje polsko-ukraińskiej rodziny, bo wszystko (z tożsamością poety na czele) zdaje się być takie niedookreślone, w rozkroku i na granicy. I wreszcie – bo niektóre wiersze są smutne i inne rubaszne lub zabawne.

I wtem pomyślałam sobie, że może coś ciekawego i/lub ważnego omija mnie, bo nie czytam poezji? I że może powinnam spróbować zgłębić temat. Niech będzie ten Tkaczyszyn-Dycki. Kto wie czy nie okaże się to początkiem pięknej przyjaźni?

Dobra, z tą przyjaźnią to był żart.

Przy okazji…

Warsztaty krytyki literackiej pod okiem Pauliny Małochleb miały jeszcze jedną zaletę – były bezpłatne. Ale w Krakowie za niewiele można uczyć się pisania od najlepszych. Żeby nie być gołosłowną, niżej podpisana w kwietniu brała udział w znakomitych warsztatach pisania reportaży pod kierunkiem reporterów Dużego Formatu: Konrada Oprzędka, Anny Śmigulec i Renaty Radłowskiej i wciąż żałuje, że nie załapała się na te prowadzone przez Maxa Cegielskiego. Polecam śledzić stronę pisz.miastoliteratury.pl albo jeszcze lepiej zapisać się do newslettera (jako uczyniłam ja).

Do napisania! Kolejny wpis będzie o Japonii.

Komentarze Facebooka