Nie ważne ile czasu poświęcisz na wertowanie przewodników, internetów i cudzych zwierzeń. NIC nie jest w stanie przygotować na Japonię. To jest kraj z księżyca. Cudowny kraj z księżyca. Kraj, w którym zakochałam się po kokardy, a miłość okazała się wielka i beznadziejna (bo jednak, motyla noga, piszę te słowa w Polsce).

O ironio, początki były w duchu umiarkowanego entuzjazmu. Tokio na pierwszy rzut oka ani nie chce się podobać, ani nie daje się lubić. Ba, jest zaprzeczeniem miasta w europejskim rozumieniu tego słowa. Niby wiedziałam, że Japończycy zabetonują wszystko co się da, że kłęby kabli wiszą nad głowami, a zabudowa pozbawiona jest jakiejś głębszej logiki. A jednak to, co zobaczyłam na miejscu wprawia w głębokie zdumienie. Sytuacji nie ratowały nawet kwitnące wiśnie! Musiało minąć parę ładnych chwil nim przestroiłam się na estetykę Tokio, a potem poszło już samo.

Spodziewaj się niespodziewanego

– to najlepsze co można powiedzieć komuś, kto do Japonii dopiero się wybiera. Jeszcze przed wyjazdem, na jakiejś anglojęzycznej stronie wpadła mi w oko sonda „Czego najbardziej obawiasz się przed wyjazdem do Japonii” i pamiętam, że miażdżąca większość respondentów wskazała odpowiedź, że jeszcze tam nie byli. No lepiej bym tego nie ujęła. Zresztą my też robiliśmy w portki przed wylotem, onieśmieleni już samą myślą o wielkości Tokio i zamieszkujących je milionach. A rzeczywistość i tak zgotowała nam wiele cudnych niespodzianek. Dziś właśnie będzie o nich. O tym, co najbardziej zaskoczyło mnie w Japonii (i czego niemożebnie mi brak).

Tokio gotowe na Olimpiadę

Po pierwsze: nie lękajcie się

Bo nie ma czego. Japonia to najlepiej zorganizowany i najbardziej przyjazny kraj w jakim byłam. Już na lotnisku uśmiechnięci od ucha do ucha panowie w wieku przedemerytalnym, krok po kroku przeprowadzają przez procedurę emigracyjno-celną. A to dopiero preludium. Szybko przekonaliśmy się, że z małą pomocą internetu, GPS-a (a właściwie GLONASS-a, bo tak nazywa się tamtejszy system nawigacji, który nawiasem mówiąc działa jak burza), google translatora oraz życzliwych autochtonów włos z głowy nam nie spadnie. I nie trzeba znać japońskiego (uf), angielski (nawet podstawowy) w zupełności wystarczy.

Tokio, to potworne, gigantyczne Tokio, jest perfekcyjnie zorganizowanym miejskim organizmem. Wystarczy nauczyć się z niego korzystać. Na przykład metro. Niektóre stacje mają i po dwadzieścia wyjść (!), ale dzięki mapom i oznaczeniom (również po angielsku) bez problemu wybierzesz właściwe. Albo taka stacja Otemachi. To węzeł przesiadkowy dla 5 (!) linii metra i jak masz pecha, to czeka cię półkilometrowy spacer podziemiami. Ale bez paniki – stosowne tabliczki poprowadzą cię jak po sznurku. Wreszcie dworce kolejowe, w których perony liczy się dwudziestkach, ale zmyślny system oznaczeń i linii wyklejonych na podłodze bezbłędnie doprowadzi cię do celu.

Wieś gdzieś w Japońskich Alpach

Po drugie: łatwiej znaleźć toaletę niż kosz na śmieci

Zabawna sprawa. Tokio jest tak czyste, że można by jeść z chodnika, ale śmietników na ulicach brak. Jedyne kosze to te przy automatach z napojami, ale otworki mają tak małe, że można wyrzucić co najwyżej butelkę po zielonej herbacie. Resztę zabierasz ze sobą do domu. A że śmieci lepiej nosić jednak w siatce niż luzem, w lot pojęliśmy dlaczego w sklepach każdą pierdołę pakuje się do woreczka. Byliśmy przerażeni zużywaną przy tej okazji ilością plastiku, ale podobno Japonia ma ocierający się o doskonałość system recyklingu odpadów (a jego podwaliny sięgają epoki Edo, czyli czasów między XVII a XIX wiekiem).

Co innego publiczne toalety – te są niemal na każdym kroku (szczególnie polecam te w domach towarowych). Darmowe, czyste, często wyposażone w washlety z bajerami pokroju podgrzewana deska, mycie (ekhm) przodu i tyłu, suszenia, a dla szczególnie wstydliwych – szumy zagłuszające to i owo. Mnogość WC to coś za czym szczególnie zatęskniłam we Włoszech (gdzie mało, brudno, śmierdząca, a i często jeszcze każą sobie za tę nieprzyjemność płacić).

Dzieciaki w akwarium w Osace

Po trzecie: kolejki – japońska specjalność

Zasadę „kto pierwszy ten lepszy” Japończycy mają doprowadzoną do perfekcji. Obowiązuje wszędzie i jest przestrzegana ze śmiertelną powagą. Kolejka to rzecz święta, do tego stopnia, że nawet na przystanku autobusowym pasażerowie ustawiają się w rządku (!) i w takiej kolejności wsiadają. Tak, tak, nikt się nie wpycha poza kolejnością. Podobnie rzecz ma się w metrze, a przykładem ekstremalnym są dworce kolejowe. Zero niedomówień, żadnych domysłów i kalkulacji „gdzie by tu przystanąć, aby nie biegać z walizką w tę i z powrotem”. Wagony mają z góry wyznaczone miejsca na peronach. Wystarczy ustawić się w odpowiednim rządku, który dla ułatwienia jest nawet wyrysowany na peronie, aby drzwi pociągu otworzyły się przed nosem. A skoro wywołałam do tablicy pociągi…

Główny dworzec kolejowy w Tokio

Po czwarte: Japan Railway – mokry sen każdego pasażera PKP

Pociągi doprowadzały mnie niemal do ekstazy za każdym razem, gdy wkraczałam na ich pokład. Poziom usług świadczonych przez japońskie koleje jest kosmiczny, a dzięki otwartemu biletowi Japan Rail Pass (o zaletach którego więcej napiszę innym razem) jeździliśmy wzdłuż i wszerz wyspy Honsiu bez dodatkowych opłat. Również shinkansenami, przy których nasze pendolino wypada nader blado.

Nie będę pisać, że są czyste, bo to oczywiste i że pogłoski o ich niezawodnej punktualności są przesadzone (bo nie są), wspomnę natomiast o tym, że nawet w drugiej klasie miejsca na nogi jest tyle, że można by i tańczyć kankana, że jedzie się tak miękko jakby pod tyłkiem nie były tory, a poduszki. I cisza. Jeżeli rozmowy, to tylko półgłosem, a na stoliczkach jest uprzejma prośba, aby głośnym stukaniem w klawiaturę nie przeszkadzać innym pasażerom! Last but not least: prędkość. Nasza duma narodowa od wielkiego dzwonu dobija do 200 kilometrów na godzinę, a shinkanseny do 260 km/h rozpędzają się w mig bez cienia fatygi (a są i takie, co dobiją do 300).

„Coś do jedzenie” na targu Nishiki w Kyoto.

Po piąte: w Japonii nie umrzesz z głodu (no chyba że jesteś wege)

Jak nie lubić kraju, w którym (prawie) wszystko kręci się wokół jedzenia? Wystarczy rzucić w przestrzeń niezobowiązujące „zjadłabym coś”, aby na życzenie zmaterializował się jakiś paśnik: bar szybkiej obsługi, stoisko ze street foodem, targ z żywnością (ślinka cieknie na samo wspomnienie Nishiki w Kyoto i Dōtonbori w Osace) albo chociaż 7eleven czy inne konbini.

Konbini to takie nasze Żabki, ale w wersji na bogato. Te całodobowe sklepiki mają zdumiewająco szeroki asortymentem artykułów i usług pierwszej potrzebny, ale my przede wszystkim wpadaliśmy tam po coś na ząb i kawę.

Listę szlagierów otwierają onigiri, czyli trójkąty nadzianego ryżu, które przed zjedzeniem własnoręcznie zawija się w chrupiący płatek glonów. Pyszne to, a do tego niedrogie i sycące. Zajadaliśmy się też herbatnikami energetycznymi o wdzięcznej nazwie CalorieMate (smak był zawsze niespodzianką), buszowaliśmy w dziale z napojami o kosmicznych smakach. Świetne były też gotowe dania, które życzliwa obsługa podgrzewa i wraz z kompletem jednorazowych sztućców oraz wilgotną chusteczką podaje zapakowane w – a jakże – worek plastikowy. Jeść trzeba było na jakimś murku albo schodku, bo w Tokio coś takiego jak ławka w zasadzie w nie występuje. Niby wszystkie konbini (bez względu na sieć) są urządzone podobnie i niby we wszystkich jest to samo, ale jednak zawsze udawało się złapać jakąś ciekawostkę.

Wegetarianie to jeszcze pół biedy, ale weganie lekko w Japonii nie mają, bo warzywa i owoce są nieprzyzwoicie drogie. Być może własny sad albo inna uprawa to patent na zbicie fortuny w Kraju Kwitnącej Wiśni?

Tokio. Okolice Pałacu Cesarskiego

Po szóste: to nie jest kraj dla palących

Cudowna sprawa. Wyobraźcie sobie, że w Japonii nie można palić na ulicach, a palarnie są zwykle skrzętnie ukryte. O ile nie ma stosownej mapki, to szukać ich należy na tyłach biurowców, w okolicach wiat śmietnikowych albo krzakach. I, co chyba w tym wszystkim jest najpiękniejsze, nie zauważyłam, aby (w Tokio) zakaz palenia był łamany. Pali się natomiast w pokojach hotelowych i przy okazji rezerwacji trzeba wyraźnie zaznaczyć, że chce się pokój dla niepalących. Palić też można – na odwrót niż w UE – w niektórych restauracjach. To ponoć zależy od widzimisię właścicieli.

C.D.N.

Komentarze Facebooka