Ostatnio uświadomiłam sobie, że w temacie chodzenia po górach również jestem inżynierem Mamoniem: najbardziej lubię te trasy, które już znam. Takie deptanie po tych samych szlakach ma sporo zalet, a pierwszą (najważniejszą) jest to, że odpada główkowanie gdzie by tu? i sprawdzanie upierdliwych szczegółów. Wystarczy, że rzucam hasło Klimczok i z góry wiadomo gdzie zostawić auto, czego spodziewać się po drodze oraz czy na szczycie czeka jakieś „światełko w tunelu” (vide chłodne piwko i kiełbasa w schronisku).

W niedzielę znów (a był to bodaj trzeci raz) wlazłam na Klimczoka właśnie od strony Błatniej. Jest to jedna z fajniejszych tras w moim repertuarze górskich wycieczek: niezbyt męcząca, odpowiednio długa, ze schroniskiem po drodze (w sumie nawet trzema!), a na koniec w dół zwozi kolejka gondolowa. Czy można chcieć czegoś więcej? Tak, wyczerpującego opisu „co, gdzie, jak i kiedy” więc #dzielesiędobrem. Szykujcie buty, bidony i plecaki i ruszcie się na jednodniową wędrówkę w Beskid Śląski.

Beskid Śląski: Wapienica – Błatnia – Klimczok – Szyndzielnia

kierunek Blatnia

Dodatkowego argumentu, aby w ogóle sprokurować ten wpis (umówmy się, zakładając Podróże po kulturze nie planowałam pisania o wycieczkach w góry) była niespodzianka jaką sprawiło mi PolRegio (czyli dawne Przewozy Regionalne), które niemal spod domu w Krakowie zawiozło mnie do Bielsko-Białej za 13 złotych (w jedną stronę). Co prawda (to w końcu PKP, więc ideałów nie ma) na odcinku Kalwaria Zebrzydowska – Bielsko pociąg wlecze się niemiłosiernie (rozpędza się w porywach może do 40km/h, trzeszcząc przy tym tak, jakby za chwilę miał się rozlecieć), a ten powrotny lepił się od brudu.


Co czytać w pociągu (i nie tylko)? Odpowiedź TUTAJ i TUTAJ


Ale ważne jest, że tego lata dzięki kombinacji dwóch pociągów (R 34607 Bolek i Lolek odjazd z Krakowa Płaszowa o 8:38 oraz powrotnego R 43608 Beskidek odjazd z Bielsko-Białej o 18:57), z małą pomocą linii autobusowej 16 (Warszawska Dworzec – Wapienica Zapora) oraz 8 (Szyndzielnia – Warszawska Dworzec), można za mały pieniądz zafundować sobie fajną wycieczkę w góry, bez kombinowana co zrobić z autem. Bo przy Wapienicy oficjalnych parkingów brak (może gdzieś się skrywają?). No i (secundo) trzeba jakoś przedostać się z dolnej stacji kolei linowej Szyndzielnia nazad do Wapienicy (a taksówki w Bielsku tanie nie są, serio).

Ja więc dotelepałam się w pociągiem, ale można też autobusem. Przystanek autobusu nr 16 jest na ulicy Warszawskiej od strony dworca PKS (z PKP przejdź kładką nad torami i ulicą). W weekendy  szesnastka jeździ rzadko, tutaj sprawdzisz rozkład.

Niebieski szlak na Błatnię zaczyna się tuż za pętlą autobusową. Z początku jest lekko, przyjemnie i niewinnie, bo wiedzie szerokim i zupełnie płaskim leśnym duktem. Dopiero przy zaporze szlak skręca w prawo i od teraz przez kolejne 20-30 minut jest tylko ostro w górę. To jedyne tak długie i strome podejście na całej trasie. Gdy już się wdrapiesz na grzbiet, szlak będzie znacznie łagodniejszy, momentami zupełnie płaski, a podejścia będą mniej forsowne. Od tego momentu do schroniska PTTK Na Błatniej (891 m n.p.m.) jest jeszcze godzina niezbyt męczącego marszu superfajną trasą, która raz wiedzie przez las (przyjemny chłodek w upalny dzień), a raz przez łąki (widoki pierwsza klasa).

Na Błatniej wypada mniej więcej połowa trasy. Pora na przerwę. W budynku schroniska działa bufet, a na zewnątrz letnia budka z piwem (6 i 7 złotych), kiełbasą (9 złotych), grillowanymi oscypkami i bigosem. Wybieram kiełbasę i piwo, i prawdę mówiąc w tej chwili nic więcej do szczęścia mi nie trzeba.

Dalej ruszam żółtym szlakiem w stronę Klimczoka. Według wszelkich rachub marsz powinien zająć godzinę z kwadransem, ale los krzyżuje moje plany. Pierwsza polana za schroniskiem, a tam taka mnogość czarnych jagód. No trudno, co robić? Znów przerwa. Dołączam do innych pożeraczy (mam tylko cichą nadzieję, że żaden beskidzki lis na te krzaki nie sikał).

Już prawie, prawie Klimczok

Żółty szlak w stronę Klimczoka to najbardziej malowniczy fragment trasy. Z grzbietu rozpościerają się fenomenalne widoki na Szczyrk, Brenną i oczywiście Beskid Śląski. To też moment, gdy powoli zaczyna dawać się we znaki jedyny mankament tej trasy: podłoże. Niemal przez cały czas idzie się po nierównym i upstrzonym kamieniami dukcie i im bliżej szczytu, tym bardziej nogi bolą.

Wreszcie ostatnie podejście i jest Klimczok (1 117 m n.p.m.) – sam w sobie niezbyt urodziwy, płaski jak stół. Odpuszczam wizytę w schronisku, bo te jest  dokładnie w przeciwną stronę niż szlak (nadal żółty) na Szyndzielnię. Ach i jeszcze ostrzegają przed żmijami (brr). Robię krótką przerwę na jagody i ruszam dalej.

To już ostatni odcinek i ostatnie pół godziny w porywach 40 minut marszu w dół. Po drodze od razu widać kto wjechał na Szyndzielnię kolejką i teraz biedzi się skacząc na jednej nodze między kamieniami w bardzo nieodpowiednich butach (japonki, sandałki, melisski – do wyboru). Te ostatnie metry po kamieniach szczególnie dają się w kość, ale nie szkodzi, bo to już naprawdę końcówka.

Pod schroniskiem PTTK na Szyndzielni (ma ponad sto lat, zbudowane jest kamienia i architekturą nawiązuje do schronisk alpejskich, 1026m. n. p. m) wybieram zielony szlak i po paru minutach spaceru melduje się pod górną stacją kolei linowej Szyndzielnia. A tam – Gubałówka w wersji beskidzkiej. Raźnie przygrywa disco polo, a na stoiskach z chińskim barachłem można zaopatrzyć się w pluszowe baranki, pseudoludowe gadżety i oczywiście ciupagi. Wiadomo: są góry = muszą być i ciupagi.

Jako się rzekło w dół zjeżdżam gondolką kolei linowej Szyndzielnia, która niedawno została zmodernizowana. Bilet (w jedną stronę) kupuje się tuż przy wejściu. A na dole autobus numer 8 wiezie mnie prosto na dworzec kolejowy (w niedzielę autobusy jeżdżą bardzo rzadko, lepiej wcześniej sprawdzić rozkład).

Finito.

PS Można też zejść do Doliny Wapienicy żółtym szlakiem spod górnej stacji kolejki linowej.


Przydasie

Długość trasy: ok. 14 kilometrów
Szlaki: niebieski (Dolina Wapienicy – Błatnia), żółty (Błatnia – Klimczok – Szyndzielnia), zielony (Szyndzielnia – górna stacja kolejki linowej Szyndzielnia). Cała trasa wygląda tak
Czas przejścia: ok. 5 godzin z przerwą w schronisku PTTK na Błatniej
Koszt: 2×13 złotych bilet PKP Kraków Płaszów – Bielsko Biała Główna, 2×3 złote bilet normalny MZK Bielsko Biała (automat biletowy na przystanku), 18 złotych bilet jednokierunkowy na kolej linową Szyndzielnia.
Ważne: Rozkłady jazdy PKP zmieniają się dość często, więc nim w ogóle ruszysz z domu sprawdź czy pociągi, którymi jechałam w ogóle jeszcze kursują ;-). Polecam też stronę mapa-turystyczna.pl – to mój niezawodny pomocnik przy planowaniu tras, dostępny również za darmo na komórki.


A Ty gdzie wędrujesz?
Masz swoje ulubione trasy na jednodniowy wypad w góry?

Komentarze Facebooka