Jak to zrobić do spółki z ile to kosztowało, to dwa najczęściej zadawane mi pytania od czasu powrotu z Japonii. Czyli od dwóch miesięcy. Dłużej zwlekać z pisaniem co i jak już po prostu nie wypada. Łapcie więc pierwszą odsłonę cyklu „Jak zorganizować wyjazd do Japonii – studium przypadku na własnym przykładzie”.

To mógł być najdłuższy wpis świata, ale nie będzie, bo podzieliłam go na części. I tak w pierwszej na tapecie będą przelot i noclegi, w drugiej pogadamy o pieniądzach i przydasiach (CZYTAJ TU), a w trzeciej napiszę wszystko co wiem o transporcie po Tokio i Honsiu. Na deser zaś skonsumujemy wpis „Japonia w stylu budżet”.

Jak to z nami było?

Nim jednak przejdę do noclegów, przelotów i całej reszty, wypada zaznaczyć, że ten wpis nie jest uniwersalnym przepisem na wyjazd do Japonii. Na pewno można to zorganizować i znacznie taniej, i dużo drożej. Wiele zależy od pożądanego standardu, posiadanego budżetu i terminu wylotu. Jako totalni nowicjusze w temacie wypraw do Azji nie ustrzegliśmy się też kilku potknięć, więc śmiało uczcie się na naszych błędach.

Park Shinjuku Gyoen w Tokio. Lecimy do Japonii

Tak kwitły! A ja się tak cieszyłam. Park Shinjuku Gyoen w Tokio

A było tak: We dwójkę spędziliśmy w Japonii łącznie 17 dni na przełomie kwietnia i maja 2017. Najpierw 9 dni w Tokio, a kolejne 7 pochłonęło nam zwiedzanie centralnej części wyspy Honsiu. W tym czasie byliśmy w Nagano (które okazało się niezbyt urodziwą acz cudownie bezludną i senną mieściną), Nagoi (przerwa w podróży na zwiedzanie zamku), Kyoto (taki japoński Kraków z zachowaną przedwojenną zabudową, mnóstwem świątyń, a także bulwarami nad rzeką Kamo), Narze (setki, a może tysiące półdzikich danieli, ach!) i Osace (czarny koń pobytu) oraz w Jigokudani Monkey Park, które w zasadzie było głównym powodem, dla którego w ogóle ruszyliśmy do Nagano.

Kiedy lecieć do Japonii?

To pytanie zadaje pewnie sobie pewnie wielu z was. My wybraliśmy drugą połowę kwietnia i początek maja. To dobry i zły moment, aby lecieć do Japonii. Dobry, bo można załapać się na sakurę (czyli czas, gdy kwitną wiśnie). Nam udało się zdążyć na ostatnie chwile w Tokio i było bajecznie. Dopisała również pogoda. Przez cały pobyt temperatura wahała się między 18 a 25 stopniami i raptem dwa razy padało. Ale przełom maja i kwietnia, to w Japonii jeden z najgorętszych momentów sezonu turystycznego – Golden Week, czyli mówiąc po naszemu majówka. Między 29 kwietnia (urodziny cesarza Showa no hi) a 5 maja (dzień dziecka Kodomo no hi) wypadają 4 dni urzędowo wolne od pracy. Reszty chyba nie trzeba tłumaczyć.

Przelot do Japonii

To była krótka piłka: lecieliśmy LOT-em. Fakt, że nasz narodowy przewoźnik w 2016 roku otworzył bezpośrednie połączenie z Warszawy do Tokio był decydującym argumentem, że w ogóle lecimy do Japonii (pisałam o tym więcej w tym wpisie). Bilety kupowaliśmy jeszcze w 2016 roku i ta przyjemność wyniosła nas 4800 złotych za dwie dorosłe osoby na trasie Kraków – Warszawa – Tokio – Warszawa – Kraków (klasą ekonomiczną, rzecz jasna). Polecam tę opcje z pełnym przekonaniem.

Ptasim mleczkiem na szczęście lecieliśmy tylko do Warszawy

Pewnie można taniej, ale za LOT-em przemawia wygoda. Rejs (9 godzin z małym haczykiem do Tokio Narita i ponad 11 godzin w drodze powrotnej) sam w sobie jest na tyle męczący, że chcieliśmy sobie oszczędzić marnowania czasu i energii na przesiadki gdzieś w Europie Zachodniej (po to, aby znów cofać się na wschód). Duży plus za limit bagażowy 23 kilogramy (na osobę, w jednej dużej walizce) plus 8 kg na bagaż podręczny (którego nikt nie ważył).

To był nasz pierwszy raz na pokładzie Boeinga 737-800, czyli Dreamlinera i – co prawda – miejsca na nogi nadal jest tyle co kot napłakał, ale leci się o niebo wygodniej (i ciszej) niż innymi Boeingami, o turbośmigłowych samolocikach nawet nie wspominając. I całkiem nieźle karmią. W czasie lotu serwowane są dwa posiłki (obiady), a w międzyczasie drobne przekąski oraz napoje. Te przekąski są tak drobne, że nas od śmierci głodowej gdzieś nad Syberią ratowała żelazna rezerwa kabanosów i onigiri w drodze powrotnej. I własny zapas wody (półtora litra na łeb) kupionej za grube pieniądze na lotnisku.

Lecimy do Japonii Dreamlinerem

Olaboga, jeszcze tyle tysięcy kilometrów

Nocleg w Tokio

Kupienie biletów lotniczych to była betka. Zabawa zaczęła się przy okazji rezerwacji noclegów. Zabraliśmy się za to dość późno, bo półtora miesiąca przed wylotem i ta opieszałość parę razy się na nas zemściła (patrz: Golden Week).

W Tokio nocowaliśmy w Hearton Hotel Higashi Shinagawa, który zarezerwowaliśmy za pośrednictwem strony agoda.com (za polecenie, której nisko kłaniam się Brahdelt, czyli Joannie Kostrzewie, która swoje peregrynacji po Japonii relacjonuje na blogu Fumy Turystyczne). Na agoda.com był większy wybór hoteli w Tokio niż na booking.com, ale warto szukać (i porównywać ceny) i tu i tu. A i muszę wspomnieć, że na agoda.com opłata za pokój zazwyczaj jest blokowana na karcie na kilka dni przed zameldowaniem.

Hotel Haerton Higashi Shinagawa

Na zdjęciu nie załapał się telewizor i łazienka. I jak widać brak szafy dawał się we znaki

Hearton Hotel Higashi Shinagawa to hotel kategorii biznes, co w praktyce oznacza minipokoiki (12 metrów kwadratowych na dwie osoby szału nie robi), a w nich łóżka typu semi-double (120 cm szerokości – o dziwo da się na tym wyspać) oraz szczególnie dotkliwy brak szafy (bo trudno szafą nazwać mikroskopijną wnękę z trzema wieszakami). Ale cóż z tego, skoro w łazience czeka komplet kosmetyków Shiseido (szampon, żel, odżywka do włosów, pianka do rąk i twarzy), a także washlet, jednorazowe szczoteczki do zębów, maszynki do golenia, czepki i grzebień. Do tego yukaty i kapcie (codziennie zmieniane, podobnie jak pościel i ręczniki), czajnik z zestawem herbat, tv, minilodówka, suszarka do włosów oraz coś, co prawdopodobnie było garnkiem do gotowania ryżu. Na miejscu była pralnia na monety i kącik z kuchenką mikrofalową, a 300 metrów od hotelu świetnie zaopatrzony market spożywczy Aeon (och, ile my tam zostawiliśmy jenów…) oraz dwa całodobowe konbini.

Cena też była świetna, bo dzięki dodatkowej promocji na agoda.com za noc płaciliśmy ok. 260 złotych (bez śniadania). To naprawdę niewiele. Czy mam jakieś ale? Jedno. Hearton Hotel Higashi Shinagawa to jednak zadupie. Owszem, do najbliższej stacji metra Shinagawa Seaside Station są dosłownie dwa kroki, ale co z tego skoro operuje tam tylko Rinkai Line – pioruńsko droga (¥260 za bilet) linia metra na wyspę Odaiba, której nie obejmowały nasze otwarte bilety Tokyo Subway Pass. A najbliższa stacja, którą obejmowały była jedyne 3 kilometry dalej. Więc po Tokio przemieszczaliśmy się również autobusami miejskimi, co zaowocowało wyrobieniem sobie kart prepaid SUICA, ale o tym wszystkim więcej w kolejnym wpisie.


Czytaj również: 6 największych zaskoczeń Japonii


Nocleg w Nagano

Być w Japonii i nie przespać się choć jedną noc na futonie? Tak być nie może – oboje byliśmy co do tego zgodni. Tyle, że nie bardzo wiedzieliśmy co dalej z tym fantem począć. I wtedy niemal z nieba spadła nam Pani Paula z japońskiego biura podróży H.I.S. Za pośrednictwem H.I.S.-a jeszcze w Polsce kupowaliśmy JR Passy oraz Tokyo Subway Passy, a także wynajmowaliśmy router WiFi (o tym więcej w kolejnym wpisie) i od słowa do słowa (bo tak miło nam się gawędziło przez telefon) za jej pośrednictwem zarezerwowaliśmy też noclegi w Nagano i Kytoto. Oba były zdecydowanie droższe niż ten w Tokio.

W Nagano nocowaliśmy w hotelu Mielparque Nagano w pokoju w stylu japońskim. Hotel zbudowany na okoliczność Olimpiady w 1998 roku, jest już trochę nadgryziony przez ząb czasu, ale nadal robi wrażenia. Zwłaszcza westybul z okazałą (strzelistą?) klatką schodową. Jedno z hotelowych pięter zaś zajmują wyłącznie pokoje w stylu japońskim (ciut droższe od tych zachodnich), a na ostatnim piętrze do kompletu był jeszcze onsen, czyli łaźnia publiczna. Bardzo spodobało nam się to cowieczorne szorowanie i odmaczanie w ukropie.

Lecimy do Japonii. Nagano

Reprezentacyjny hall i nasz pokój w hotelu Mielparque Nagano

W pakiecie mieliśmy również śniadanie i to była w zasadzie jedyna okazja, aby przekonać się jak śniada się po japońsku. Do wyboru były i potrawy japońskie (ryż, makaron, miso, carry, sosy, pikle, tajemnicze glony i grzybki) i coś tam zachodniego (tradycyjnie niejadalne pieczywo, płatki, jakieś kiełbaski). Można było posmakować różności, a dzięki temu, że potrawy były podpisane również po angielsku, w końcu dowiedzieliśmy się co jemy od kilku dni.

Dodam jeszcze, że pokój w stylu japońskim wyposażony jest (prócz mat tatami i futonów) również w zestaw utensyliów do herbaty, szafę wnękową, telewizor, stół i krzesła, wc i osobno prysznic, a hotel Mielparque Nagano jest dosłownie 3 kroki od dworca kolejowego (ale pociągów nie słychać). No i rzut beretem są dwa konbini. A za dwie noce ze śniadaniem zapłaciliśmy 1200 złotych.

Nocleg w Kyoto

No to był zdecydowanie najsłabszy punkt programu, ale Golden Week deptał nam po piętach i naprawdę nie było już w czym wybierać. I tak w samym środku Złotego Tygodnia w Kyoto trafiliśmy do Hotel Heiannomori Kyoto. Delikatnie mówiąc – bez rewelacji.

W poprzednim wpisie (Spodziewaj się niespodziewanego. 6 największych zaskoczeń Japonii) pisałam o tym, że w Japonii w zasadzie nie pali się w miejscach publicznych. Ale za to palii się w hotelach i właśnie do takiego pokoju dla palących trafiliśmy w Heiannomori Kyoto (dobra rada cioci Zosi – przy rezerwacji noclegów w Japonii wyraźnie zaznacz, że chcesz pokój dla niepalących, pewnie zwrócilibyśmy na to uwagę sami, ale rezerwację w naszym imieniu robił H.I.S.). Powiedzieć, że śmierdział – to mało. Cuchnął jak popielniczka. Ostatecznie udało się zamienić na pokój dla niepalących, ale było z tym sporo zamieszania (nawet jak na japońskie warunki).

Lecimy do Japonii. Świątynia w Kyoto

Hotel był beznadziejny – to fakt, ale po sąsiedzku była czarująca świątynia Higashiten’no Okazaki Shrine poświęcona królikom

Sam pokój (znów klasy biznes z semi-double bed) okazał się kocią kiszką – długą acz wąską z miniłazienką i umywalką w korytarzyku. W koszu zastaliśmy śmieci po poprzednich lokatorach (!), a z łazienki co pewien czas dochodziło tajemnicze bulgotanie (zwiastujące niechybną erupcję). Plus należy się za darmowy bus, który dowoził z i na dworzec kolejowy (a odległość, jakby nie patrzeć była spora), a drugi za market spożywczy po drugiej stronie ulicy (no nie był to nasz tokijski Aeon, nie miał też kawy z automatu, więc z tym była bieda). Koniec końców za wątpliwą radość nocowania w hotelu Heiannomori Kyoto zapłaciliśmy 2500 złotych za 4 noce i nie było to dobrze wydane pieniądze.

Nocleg na lotnisku Tokyo – Narita

Wylot mieliśmy o 10 rano, alternatywą było spanie na lotnisku. Więc na ostatnią noc trafiliśmy do Narita Tobu Hotel Airport. Tym razem pokój zarezerwowaliśmy na booking.com, bo booking.com właśnie miał lepszą ofertę niż agoda.com. Przy okazji – jeżeli zarezerwujesz dowolny nocleg na booking.com za pośrednictwem tego linka www.booking.com/s/toja0p10, to każde z nas otrzyma po 50 złotych do wykorzystania. Ja się w każdym razie z tego powodu wcale nie obrażę.

Wracając jednak do Narita Tobu Hotel Airportto była cudna odmiana, po tej nieszczęsnej kiszce w Kyoto. Jak na japońskie standardy mieliśmy naprawdę spory pokój (a nawet szafę!), w pełni wyposażony w kosmetyki, zestaw herbat, klimatyzację, radio, telewizor. Do tego super wygodne i normalnej wielkości łóżko. Na parterze był minisklep spożywczy (czynny do 23), a w lobby darmowa waga do bagaży (oczywiście nie obyło się bez przepakowywania walizek).

Alpy Japońskie. Lecimy do Japonii

Nie, to nie lotnisko Narita. To dworzec w Alpach Japońskich

Wreszcie najważniejsze: Narita Tobu Hotel Airport zapewnia darmowy transfer z i na lotnisko. Rozkład jazdy autobusu jest na stronie hotelu. Nie ma żadnych rezerwacji ani formalności. Trzeba się stawić na odpowiednim stanowisku autobusowym przy lotnisku w drodze do hotelu, a przy meldowaniu zgłosić chęć skorzystania z transferu recepcjoniście. I tyle. Za pokój bez śniadania zapłaciliśmy 344 złote.

Teraz, gdy już wiemy co i jak, na okoliczność kolejnych wyjazdów będziemy szukać noclegów na własną rękę, w sieciowych hotelach klasy biznes właśnie (prócz sieci Haerton jest to m.in. Apa).

W kolejnym odcinku rozstrzygnę odwieczny dylemat „gotówka czy karta” i podzielę się praktycznymi drobiazgami, o których warto pamiętać. CZYTAJ TU!


Jeszcze więcej Japonii na blogu


 

Komentarze Facebooka