Wakacje znów spędzę w Krakowie. Czy martwi mnie to? W żadnym razie. Co prawda upał w mieście doskwiera bardziej niż – powiedzmy – w lesie, ale z drugiej strony lato jest zbyt krótkie, aby jojczyć i chować się po kątach. Siedzieć w domu można, ale zimą. A że lubię dzielić się dobrem, to podzielę się z wami moimi sposobami na lato w Krakowie.


Przeczytaj inne wpisy, w których #dzielesiędobrem


Ćwiczę w zieleni 

Co poniedziałek melduję się w Parku Jordana na pilatesie. Treningi prowadzi Daria Loferska – kobieta rakieta i moja droga koleżanka w jednym, która parę lat temu dla pilatesu właśnie rzuciła pracę w korpo. I dobrze na tym wyszła, bo jest świetną trenerką!

Daria Loferska, czyli Lans na balans w akcji

Pilates na trawie to coś więcej niż wygibasy w plenerze. Jest miękko, ptaki śpiewają, wdechy i wydechy wzbijają się na zupełnie nowy level, a przy okazji psa z głową w górę można bezkarnie pogapić się w niebo. Trening trwa około 55 minut i jest otwarty, także dla osób zupełnie zielonych (i to nie tylko w Pilatesie). Lekka rozgrzewka, kilka sekwencji ćwiczeń i rozciąganie na koniec. Po wszystkim jest tak błogo, że aż nie chce ruszać się z maty.

Treningi z Darią to część grubszej akcji o wdzięcznej nazwie Zatrać się w zieleni, za którą stoi krakowski Zarząd Zieleni Miejskiej. W tygodniu są zajęcia ruchowe (nie tylko Pilates i nie tylko w Parku Jordana), a w weekendy pikniki oraz darmowy autobus rozwożący piknikowiczów między parkami.

Gdzie: w Parku Jordana, Bednarskiego, Kościuszki i Decjusza
Kiedy: od poniedziałku do piątku (w razie niepogody zajęcia się nie odbywają)
Za ile: za darmo (ale obowiązują zapisy)
Nie zapomnij: maty i repelentu (bo komary nie próżnują)

Dowiedz się więcej

Wędruję z PTTK

Nie trzeba jechać na wczasy all inclusive, aby złapać oddech. Wystarczy wyłączyć telefon, wskoczyć w wygodne buty i ruszyć za miasto.

W tygodniu zwykle grzecznie siedzę w Krakowie, ale w weekendy aż świerzbi mnie by z niego zwiać. Więc albo biorę rower i jadę hen przed siebie, albo idę na wycieczkę z Kołem Grodzkim PTTK. A jest gdzie łazić – powiadam. Park Krajobrazowy Dolinki Krakowskie, Jura Krakowsko-Częstochowska, Ojcowski Park Narodowy, Puszcza Niepołomicka i Dulowska są rzut beretem od miejskich rogatek.

Po drodze z Kalwarii Zebrzydowskiej do Lanckorony

Działa to z grubsza tak: na stronie Koła Grodzkiego co miesiąc publikowany jest program wycieczek. Nie ma zapisów, nie trzeba być członkiem PTTK, a udział jest bezpłatny. Wystarczy stawić się w miejscu zbiórki, co zwykle oznacza jedną z miejskich pętli autobusowych, rzadziej dworzec kolejowy. Na miejsce startu dojeżdżamy komunikacją zbiorową i wraz z przewodnikiem PTTK wędrujemy kilka godzin po górkach, łąkach i lasach. Trasy mają zwykle 10-12 kilometrów, niekiedy bywają dłuższe. Tempo jest spacerowe, bo w wycieczkach biorą udział przede wszystkim seniorzy. Choć na ostatniej wyprawie (do Lanckorony) był i wnuczek, którego babcia zanęciła wizją łapania pokemonów (i faktycznie upolował ich cały wór). Po drodze jest też czas na piknikowanie, ale przekąski trzeba zabrać z sobą, bo punkty gastronomiczne owszem zdarzają się, ale z rzadka. Po wszystkim transportem publicznym wracamy do Krakowa.

Las w okolicy Lanckorony. Czasem ścieżki brak…

Weekendowe mikrowyprawy z Kołem Grodzkim PTTK wciągnęły mnie na tyle, że zaczęłam obrastać w turystyczne akcesoria (vide składane krzesełko z AliExpress, nawiasem mówiąc koszmarnie niewygodne) i planuję bić się o złotą patelnię odznakę turystyczną. Planuję to tu słowo-klucz, bo nadal nic w tym kierunku nie zrobiłam. Ale tak naprawdę w tym całym wędrowaniu nie chodzi o odznaki i puchary na zachętę, a o przyrodę, las, łąki, trele ptaków, superwidoki i świeże powietrze.

Akcja Nie siedź w domu – idź na wycieczkę to moje odkrycie sprzed dwóch lat. Odkrycie, które zawdzięczam Recenzentce, czyli Ani Dutce, a dokładnie temu wpisowi na blogu Ani.

Kiedy: od kwietnia do października
Za ile: za darmo! Jedyny koszt to przejazdy (zwykle 2×4 złote, jeśli korzystamy z komunikacji podmiejskiej)
Nie zapomnij: wygodnych butów, czapki, wody i czegoś na ząb.

Dowiedz się więcej

Zażywam Sztuki w sztuce

Z Medycyny w sztuce wyszłam jak rażona piorunem i do tego zielona. Z-I-E-L-O-N-A. Ale to było rok temu, a tego lata wpadam do MOCAK-a zobaczyć Sztukę w sztuce. Świetną wystawę o autotematyzmie.

Cykl „Hipsters in Stone” Leo Caillarda

Po dyletancku można podsumować ją jako wystawę, w której sztuka przegląda się w sztuce, bawi się sztuką, a także cytuje, komentuje oraz dyskutuje – surprise, surprise – ze sztuką. A na dokładkę dzieła – ikony (które rozpozna każdy przedszkolak) tu ożywają w nowych kontekstach. I tak gronostaj ucieka od damy, Posejdon jest drwaloseksualny, a czarny kwadrat Malewicza chodzi i duma nad własnym brakiem oryginalności (i ma urocze małe nóżki).

Wystawa Sztuka w sztuce nie jest zmaganiem się z określonym problemem egzystencjalnym, tylko jest obrazem wyrafinowanej gry znaczeniowej, która radzi sobie z różnymi problemami.

– czytam w opisie wystawy. Brzmi to okrutnie poważnie, ale prawdę mówiąc Sztuka w sztuce nawet bez doszukiwania się drugiego i trzeciego dna może przynieść mnóstwo uciechy. To dobra wiadomość dla tych, którzy na hasło „sztuka współczesna” uciekają z wrzaskiem. No i to jedno z najfajniejszych miejsc do zrobienia sobie selfie ;-).

Ja w każdym razie na jednej wizycie nie poprzestanę i tego lata wpadnę do MOCAK-a pewnie jeszcze nie raz, zwłaszcza, że wystawie towarzyszy plenerowe kino letnie. To w piątki, a w najbliższy (czyli 7 lipca) świetne „Wyjście przez sklep z pamiątkami” Banksy’ego. TUTAJ repertuar, a wstęp wolny.

Gdzie: MOCAK ul. Lipowa 4
Kiedy: do 1 października
Za ile:
14/7 złotych, ale we wtorki wstęp za free

Dowiedz się więcej

Inhaluję się w tężni Roberta Kuśmirowskiego

Olaboga, znów sztuka współczesna!

Swego czasu (nie jestem pewna czy nadal) na wystawie stałej w MOCAK-u można było zobaczyć pozbawioną tytułu instalację Roberta Kuśmirowskiego, w której mocno nadgryziony przez ząb czasu gabinet lekarski płynnie zmieniał się w zakurzoną piwnicę. W nagromadzeniu tych wszystkich zardzewiałych sprzętów i instrumentów medyczny niewiadomego zastosowania, było coś fascynującego i obrzydliwego zarazem. Trochę jakby wylądować w środku koszmarnego snu z siostrą Ratched w roli głównej.

Tężnia Roberta Kuśmirowskiego

Ale tymczasem okazało się, że Robert Kuśmirowski to nie tylko geniusz atrapy (jak zwą go krytycy), ale i wytrawny kolekcjoner rozmaitego barachła. Ładnie podsumowano to na stronie Muzeum Narodowego:

Niektórzy zbierają znaczki, Muzeum Narodowe w Krakowie kolekcjonuje sztukę, a Robert Kuśmirowski – jeden z najciekawszych i najaktywniejszych polskich artystów – gromadzi różne przedmioty: stare meble, maszyny, przyrządy, zabawki, książki, gadżety.

No i te stare meble, maszyny, przyrządy itp. – niegdyś sporo warte, dziś bezużyteczne – można podglądać w kolejnych stadiach rozkładu pod Gmachem Głównym Muzeum Narodowego. Instalacja zatytułowana jest Tężnia. To ażurowa konstrukcja, a w środku rzeczy przedziwne: centralka telefoniczna wielkości kredensu, tablice informacyjne z zakładów pracy, bezręki manekin, sztuczne kwiaty, stroje robocze, pianina cyfrowe typu Casio, komputery typu Atari i bóg jeden raczy wiedzieć co jeszcze. Wszystko poupychane warstwowo, na przemian moknie i blaknie od słońca. Słowem: smrodek rozkładu. Choć Kuśmirowski woli nazywać to inhalowaniem sztuką wyprowadzoną z magazynów.

Tężnia jest częścią wystawy #dziedzictwo w Gmachu Głównym.

Gdzie: plac przed Gmachem Głównym Muzeum Narodowego w Krakowie al. 3 Maja 1
Kiedy: codziennie w godz. 8.00 – 20.00
Za ile: za darmo

Dowiedz się więcej

Nie odmówię sobie też makaronu na zimno!

Okazuje się, że makaron to nie tylko remedium na weltschmerz, ale i na upał.

Tego wiekopomnego odkrycia dokonałam w Japonii. Ślinka cieknie mi na samo wspomnienie pyszności, które tam wsuwaliśmy, ale do kulinarnego raju zabrało mnie niepozorne danie w postaci zimnego bulionu z makaronem udon i płatkiem smażonego tofu. Nie bez znaczenia były i towarzyszące posiłkowi okoliczności przyrody – czarowna, maleńka knajpka ukryta między świątyniami w parku w Narze. Był piękny słoneczny dzień, a ja kilka chwil wcześniej usiłowałam namówić do wspólnej fotografii półdzikie daniele. Bez powodzenia.

I wielka była radość ma, gdy okazało się, że udon można zjeść w Krakowie. Ba, danie które serwują w Ka udon barze jest prawie tak dobre, jak to, które jadłam w Japonii (czego niestety nie mogę powiedzieć o ramen w Tao Teppanyaki & More na Józefińskiej, które jest przeładowane dodatkami, tłuste i wstrętne).

Udon to pszenne nitki. Grubaśne i sprężyste. Zwykle podawane w delikatnym bulionie (jeśli się nie mylę, to zwie on się dashi) lub z sosem. W Ka udon barze makaron można zjeść i na ciepło, ale to wersja na zimno jest wspaniałym daniem na lato: prostym, lekkim i odświeżającym.

Za 19 złotych dostajemy miskę makaronu w wersji podstawowej, a wszystkie dodatki (jajko, tempura, smażone tofu, kimchi i takie tam) dobiera się osobno. I to jest minus, bo porcja podstawowa jest raczej niewielka i bez załączników nie sposób się nią najeść. Plusy – piękna lanckorońska ceramika. No i woda do posiłku, podobnie jak w Japonii, jest za free.

Gdzie: Ka udon bar ul. Rakowicka 14A
Kiedy: 10-20, poniedziałki zamknięte
Za ile: nie za darmo 😉 w wersji podstawowej 19 złotych
Informacja dla pałeczkowych lebieg – udon w zupie łatwiej okiełznać niż wersje w sosie 😉

Dowiedz się więcej


Przeczytaj równieżDomestic noir, czyli rzecz o kobiecej zemście


Poproszę o wasze patenty na lato w mieście.
Przydał Ci się ten wpis? Nie krępuj się i udostępnij go swoim znajomym!

Komentarze Facebooka