Wpis z cyklu: Poleć mi coś dobrego do czytania. Mówisz, masz. Z dobrego serduszka podrzucam trzy zacne lektury, które w lipcu dostarczyły mi morze czytelniczych przyjemności. Rzecz tym bardziej godna wzmianki, bo ostatnio straszna literacka posucha mnie dotknęła i same nijakie książki w czytaniu były. W najlepszym razie ciut lepsze niż przeciętne. Zupełnie nie było o czym mówić, co polecać, ani tym bardziej o czym pisać.

Aż tu niespodziewanie impas przełamałam prawdziwym literackim hat-trickiem. Najpierw rewelacyjną Petrą Soukupovą, a potem na dokładkę jeszcze dwiema książkami reporterskimi. Wszystko razem okazało się zbyt dobre, aby to przemilczeć, więc (w końcu) mogę zaoferować trochę literatury na blogu. Spragnieni czytelniczych inspiracji niech szykują kajety.


W tym wpisie będzie o:

Zniknąć, Petra Soukupová, tłum. Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2012
Polak sprzeda zmysły, Konrad Oprzędek, Dowody na Istnienie, Warszawa 2016
Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej Johnson, Ewa Winnicka, Wydawnictwo Znak, Kraków 2017


Zniknąć Petra Soukupová

Zniknąć Petra Soukupova Podróże po kulturzeWspółczesna proza to taki lis farbowany. Pustosłowie udające coś znaczenie lepszego. Ba. Co druga powieść to arcydzieło (grubymi nićmi szyte) albo, jeszcze lepiej, oszałamiający debiut przed którym (rzekomo) klękają narody. No jasne, że nie.

I w tym zalewie literatury miałkiej i zachodu niewartej trafiłam (trochę przypadkiem) na książkę cudowną w swej prostocie. Bez udziwnień, bez pretensji, wielkich słów, puszenia się i udawania. To „Zniknąć” czeskiej pisarki Petry Soukupovej – specjalistki od grzebania w rodzinnych trzewiach. „Zniknąć” to trzy nieskomplikowane rodzinne opowieści, w których ostatecznie (jak to zwykle bywa) nic proste nie jest. Osią nowel są niesnaski rywalizującego ze sobą rodzeństwa, a punktem wspólnym tytułowe zniknięcie, czy może raczej nieobecność.

To także trzy niekończące się monologi wewnętrzne bohaterów, którzy z własnej perspektywy relacjonują rodzinne perypetie. Co najlepsze – perspektywa co i rusz się zmienia, więc choć każda nowela ma (powiedzmy) wiodącego opowiadacza, to równocześnie te same wydarzenia poznajemy też i z innych punktów widzenia.

Nie będzie odkryciem na miarę Nobla, gdy napisze, że prawda obiektywna nie istnieje, są tylko subiektywne odczucia i własne racje, i że rodzina to wybuchowa mieszanka miłości i egoizmu (czego dowodzi lektura „Zniknąć”). Ale nie mogę też nie wspomnieć, że dwie z trzech nowel pisane są z perspektywy kilkulatków i to jest coś wspaniałego (kto nie lubi opisów dzieciństwa w prozie niech zamilknie na wieki). Dodam zatem jeszcze, że nowele Soukupovej czyta się nad wyraz lekko, choć nie jest to książką najradośniejsza z możliwych (ha, a pierwszą czytałam ze ściśniętym gardłem). I – wreszcie – że „Zniknąć” Petry Soukupovej nie byłoby tak kapitalną książką, gdyby nie przekład Julii Różewicz, która z językiem polskim czyni cuda (kto nie wierzy niech czyta „Plastikowe M3” Petry Hulovej). Język „Zniknąć” to beznamiętny miks polszczyzny literackiej i potocznej. Koniecznie!


ZOBACZ RÓWNIEŻ: Panowie – nie zadzierajcie z dziewczynami, czyli 3 książki, w których kobiety się mszczą


Polak sprzeda zmysły Konrad Oprzędek

Polak sprzeda zmysły Konrad Oprzędek Podróże po kulturzeA to książka, w której pokolenie 30+ (do którego zalicza się i niżej podpisania) przejrzy się jak w lusterku. I dowód na to, że tematy leżą na ulicy. No prawie.

Kto czytając ogłoszenia drobne choć raz nie zadał sobie pytanie: kto siedzi po drugiej stronie? Dlaczego to chce sprzedać, a owo kupić? I jaka za tym wszystkim kryje się historia? Konrad Oprzędek poszedł o krok dalej. Dotarł do tych co okazyjnie sprzedadzą kocyk z Auschwitz, douszne lekarstwo na nudę, bagnet po dziadku lub (własną) nerkę. Do blond studentki, która prowadzi wirtualny kramik z używanymi majtkami, znudzonego korporobotnika co o rewolucji marzy i do Katarzyny, która szuka dawcy spermy bez skazy.

Freak Show – powiecie. Nic bardziej mylnego. „Polak sprzeda zmysły” to raport z polskiej przedsiębiorczości, wykaz narodowych lęków, rozczarowań i niespełnionych marzeń. A nade wszystko książka o tym jacy jesteśmy, gdy nikt nie patrzy.

– Mamo, jestem prekariuszką! – krzyknęłam, gdy znowu zapytała kiedy dostanę etat.
– Jezus Maria, a czy to nie jest jakaś sekta aby?!
Najpierw się zaśmiałam, potem próbowała jej tłumaczyć, że prekariat to ludzie, dla których etat jest staroświecki jak piosenki Krzysztofa Krawczyka i którzy wolą „elastyczne formy zatrudnia”. W końcu złapałam się za głowę i pomyślałam: „Co ja pieprzę?!”. Chyba rzeczywiście wsiąkłam w sektę. W sieci znalazłam historie ludzi, którzy mają dość życia na śmieciówkach. Zobaczyłam jak bardzo jestem do nich podobna.

Są zabawne momenty, owszem. Trochę męczą dwa ostatnie teksty (także dlatego, że skonstruowane są według tego samego prawidła). Ale całość czyta się lekko, bo Konrad Oprzędek pisze z polotem i ironią (choć „Polak sprzeda zmysły” lekturą lekkiego autoramentu w żadnym razie nie jest).

Milionerka. Zagadka Barbary Piaseckiej Johnson Ewa Winnicka

milionerka ewa winnicka podróże po kulturzeKonsekwencji Ewie Winnickiej odmówić nie można. Były już portrety zbiorowe: najpierw wojennych emigrantów w Wielkiej Brytanii („Londyńczycy”), potem polskich najeźdźców z ostatniej dekady („Angole” – obie książki znakomite). Teraz przyszła pora na portret pojedynczy i to nie byle kogo, bo emigrantki totalnej – Barbary Piaseckiej Johnson. Jej życiorys to prawie podręcznikowa realizacja mitu od pucybuta do milionera. Prawie.

Jeśli wrócę, to tylko rolls-royce’em – miała powiedzieć tuż przed wyjazdem z Polski w 1967 roku i choć – fakt – dopięła swego, to i tak zapamiętano ją jako polską pokojówkę, która wyszła za mąż za milionera (co amerykańska prasa wytykała jej nawet w pośmiertnych wspominkach).

Książka Ewy Winnickiej to wartko spisana kronika życia skromnej Basi ze Staniewicz (dziś Białoruś), która z szarej myszki rach-ciach stała się dziedziczką fortuny, kolekcjonerką dzieł sztuki (włącznie z najdroższym meblem na świecie – Badminton Cabinet), przyjaciółką księcia Alberta i Placido Domingo oraz zamorską dobrodziejką, przy czym to ostatnie to sam znój, pretensje i permanentne niedocenienie przez tych niewdzięcznych rodaków.

„Milionerkę” czyta się jednym tchem i to nie tylko dlatego, że krótkie rozdziały nęcą „to jeszcze jeden, a potem kolejny i jeszcze następny” i nim się obejrzysz pół książki połknięte na raz. Abstrahując też od tego, że życiorys Barbary Piaseckiej Johnson po prostu zasługiwał na opisanie. Ale książka Ewy Winnickiej to także okazja, aby podejrzeć jak to w praktyce jest być ultrabogatym. Niżej podpisanej na przykład zupełnie to nie grozi, więc czytanie „Milionerki” to było doświadczenie trochę z gatunku science fiction.


ZOBACZ RÓWNIEŻ: Bogate biedactwa, czyli jak okropnie jest być bogatym na Manhattanie


A Ty co dobrego ostatnio przeczytałaś lub przeczytałeś?

Komentarze Facebooka