Dwanaście miesięcy uprawiania turystyki miejskiej i wiejskiej, wielkich powrotów i licznych pierwszych razów. A Japonia, Włochy, Holandia, Lwów czy Dolny Śląsk, to tylko mała próbka miejsc, w które trafiłam w 2017 roku.

W poprzednim odcinku podsumowałam rok oglądania seriali. Dziś #travelporn2017. Zatem odpalamy wrotki i w drogę!

I od razu skok do marca i pierwszego wielkiego powrotu 2017 roku.

Po siedemnastu latach wróciłam do Lwowa

Samochodem. Co w sumie jest zupełnie wygodą, opłacalną (bo benzyna na Ukrainie tania jak barszcz) i bezpieczną opcją. Jest tylko jedno ale: granica. I pal licho ponurych polskich pograniczników oraz sztafetę z kwitkiem, czyli formalności po ukraińskiej stronie (których wyczerpujący opis dałam w tym wpisie). Prawdziwym horrorem okazało się wielogodzinne czekanie.

Radzę więc nie opijać się przesadnie, jeśli ma się w planach przekraczanie polsko-ukraińskiej granicy. Bo najbliższe sikanko dopiero po wjeździe na przejście. W marcu tego zaszczytu dostąpiliśmy po pięciu godzinach. Także ten.

Lwów – widok z wieży ratuszowej

No ale to są drobne niedogodności w obliczu możliwości spędzenia czasu we Lwowie. Pisałam już o tym, ale dla pewności raz jeszcze powtórzę, że we Lwowie za niewiele można wiele. Spędziliśmy tam cudowny weekend, błąkając się po malowniczych zakątach lwowskiej starówki, pchlich targach, a nawet cmentarzu. Do tego w poczet zalet zaliczam smaczne i relatywnie niedrogie jedzenie, świetne piwo i znakomitą kawę.

Kropkę nad i naszej lwowskiej eskapady postawiliśmy oglądając inscenizację Carmen. Wizytę we lwowskiej operze zresztą szczerze Szanownym Państwu polecam, bo repertuar znakomity, zespół wyborowy, a bilety są tańsze niż w Polsce (przynajmniej tańsze niż w Krakowie) i do tego do kupienia przez net. A dokładną relację ze zwiedzania Lwowa zdałam tutaj.

A potem był kwiecień i wszystko wywaliło się do góry nogami. Bo poleciałam do Japonii

To nie była miłość łatwa ani od pierwszego wejrzenia. Ba, nadal uważam, że uroda Tokio jest dyskusyjna. Delikatnie mówiąc. No ale co może podobać się w obłożonych plastikiem domkach wielkości pudełek na buty? Albo w zabetonowanych drzewach? Kwadratowych samochodach? Kłębach kabli dyndających nad głowami? A tokijska szyldoza wkroczyła w wymiar nieznany nawet w Polsce.

Ale szybko okazało się, że organizacja, czystość i wygody Tokio biją na głowę każde inne miejsce. Że wystarczy ruszyć kawałek za miasto, aby zachwycić się przyrodą. Jedzenie jest pierwsza klasa (no może nie wszystko). Pociągi to (nadal) mój mokry sen. I jak oni umieją w kolejki! Wszystko to sprawia, że myślę o Japonii tylko z rozrzewnieniem.

No i tęsknię jak cholera.

Osaka

Na tydzień przed wylotem pisałam, że bojaźń i drżenie miesza się z euforią na poziomie hard. Po powrocie, prócz jet laga, dotknęła mnie postjapońska depresja. Przez kilka tygodni nie mogłam przestroić się na polską rzeczywistość, a dopiero dwa miesiące po powrocie zaczęłam wyjazd opisywać. I to wciąż nie jest moje ostatnie słowo w tym temacie! Już teraz mogę zapowiedzieć, że Japonia wróci na bloga w przyszłym roku. A ja mam nadzieję w niedalekiej przyszłości wrócić do Japonii.

Włochy w czerwcu

A dokładnie powrót po latach do Lombardii. Spędziliśmy kilka dni w uroczej i lepko-upalnej Pavii, w międzyczasie wyskakując do Monzy i Mediolanu, a w drodze powrotnej zahaczając (po raz enty) o Mikulov. Czerwiec w Lombardii dziwnym trafem nie doczekał się żadnej wzmianki na blogu. Ale nie wykluczam, że do tematu wrócę, bo Pavia to ciekawe miasto. A Włochy na blogu dumnie reprezentują ubiegłoroczne Bolzano, Werona i Trydent.

Potem były wakacje, które jak zwykle spędziłam w Krakowie

Czy jest mi z tego powodu smutno? W żadnym razie. Stadne rozrywki są wbrew moim przekonaniom, więc w lipcu i sierpniu oddaję pole rodzinom z przychówkiem.

Co nie znaczy, że latem tylko leżałam i pachniałam. Nie, nie

Rozrywek dostarczały mi piesze wędrówki z kołem grodzkim PTTK (pisałam o nich tutaj), gimnastyka w parku, jazda na rowerze. I góry. Nie tak dużo jakbym sobie życzyła, ale udało się zaliczyć i ulubione szlaki (moje dwa evergreeny to wejście na Luboń Wielki przez Perć Borkowskiego oraz na Błatnię, Klimczoka i Szyndzielnię w Beskidzie Śląskim – ta malownicza i niezbyt męcząca wycieczka na jeden dzień, ma tę przewagę nad każdą inną, że kończy ją zjazd kolejką gondolową) i coś nowego.

Beskid Śląski. Gdzieś w drodze z Błatniej na Klimczoka

Na przykład – fanfary – Babią Górę. Przy sprzyjających warunkach pogodowych (czyli nieczęsto) widzę Babią z okien mieszkania. Przez te wszystkie lata tak się na nią napatrzyłam, że nie dziwota, że w końcu chciałam na nią wleźć. Tylko okazji nie było, albo jak była okazja, to pogoda była nie ta. Gdy się w końcu udało, rozczarowanie me było wielkie.

Nie miałam złudzeń, że będę na szlaku sama, ale za chodzenie po górach w rozwrzeszczanym tłumie to ja jednak podziękuję. Poprzestanę na kontemplacji na odległość.

W sierpniu udało się też wykroić bajeczny weekend w Kotlinie Jeleniogórskiej. Sam pobyt w Miedziance z perspektywy czasu oceniam, jednak, jako umiarkowanie udany. W browarze Miedzianka kiepsko karmią, wieczorami zjeżdża się okoliczna gałganeria. A ujadający z backstage’u pies robił wszystko, abyśmy się nie wyspali.

Ale dość marudzenia, bo cała reszta wypadu udała się wyśmienicie. Miedzianka to dobra baza do zwiedzania okolicy: Rudaw Janowickich i Kotliny Jeleniogórskiej. Rudawy są tak zwietrzałe, że nawet emeryt z balkonikiem nie złapie tu zadyszki, dopiero w górach Sokolich można się ciut zasapać. Ostatecznie zdobywam tylko jeden cycek Lolobrigidy – Sokolika. A następnego dnia ruszam w spontaniczną rundkę po Dolinie Pałaców i Ogrodów, zwiedzamy też kopalnię uranu, a na deser české jídlo.

Miedzianka Podróże po kulturze springer

Cycki Lolobrigidy widziane z tarasu browaru Miedzianka

Wrzesień umacnia moją miłość do Dolnego Śląska

Bo we wrześniu trafiam do Siennej i Stronia Śląskiego na Festiwalu Stacja Literatura 22.

Nie jeździsz na nartach? Nic po tobie w Siennej. Bo ani tam ładnie, ani klimatycznie, a prócz narciarskiej infrastruktury wieś niewiele więcej do zaoferowanie ma. Uroku nie dodaje też fakt, że resort od jakiś dziesięciu lat jest w stanie permanentnej budowy. Honor Siennej ratują tylko epickie śniadania oraz basen (mały, ale zawsze) w ApartHotelu. I góry. Na szczęście już drugiego dnia festiwalu jedziemy do Stronia Śląskiego.

Stronie Śląskie to też żadna turystyczna mecyja, ot sympatyczne miasteczko. Na szczególną uwagę zasługuje CETIK, czyli centrum kultury w dawnym dworcu kolejowym (bardzo efektowna rewitalizacja) i huta szkła Violletta, którą podobno można zwiedzać z miejscowym oddziałem PTTK.

Trzeciego dnia dałam nogę z wydarzeń Festiwalu i poszłam (suprise, suprise) w góry. Wystarczy bowiem wspiąć się na tyły hotelu, aby po kwadransie wylądować w Masywie Śnieżnika. Najpierw z przełęczy Puchaczówka wchodzę na Czarną Górę, a potem schodzę do Międzygórza.

Puchaczówka Czarna Góra Międzygórze Masyw Śnieżnika

Fragment (!) domu wypoczynkowego Gigant 1882 w Międzygórzu

To, co zobaczyłam na miejscu przeszło moje najśmielsze wyobrażenia. Bo spodziewałam się, że będzie ładnie, no ale że aż tak? W Polsce? Niemożliwe. A jednak okazało się, że Międzygórze wcale nie na wyrost tytułuje się perłą Sudetów. To miasteczko a’la dziewiętnastowieczne alpejskie letnisko jest bezwstydnie piękne i w (prawie) niczym nie przypomina polskich kurortów. Muszę tam wrócić.

Festiwal pierwszych razów w październiku

W październiku pierwszy raz:

– jestem na dłużej w Poznaniu
– oglądam obrazy Fridy Kahlo (z jednego i drugiego zdałam relację)
– pakuję się tylko w mały bagaż podręczny (mój przepis na 5 dni z trzydziestolitrowym plecakiem)
– i korzystam z Airbnb (o tym jak Airbnb uratowało mi cały wyjazd też pisałam)
– jadę do Holandii (Maastricht), Belgii (Brugia) oraz Niemiec zachodnich (Akwizgran)
– raczę się kawą przy stole-krzyżu w najpiękniejszej księgarni świata (przynajmniej wg Guardiana)
– próbuję belgijskich gofrów (do których na szczęście nie mam dostępu w Krakowie, bo są zbyt pyszne, aby móc się im oprzeć)
– słucham i oglądam na żywo Dana Browna (tak, tak)

Bruges Brugia Brugge Belgia weekend atrakcje jedzenie zabytki blog ceny

Grote Markt, czyli Rynek w Brugii

Jeśli listopad, to lecę na Pomorze

Wyznaję zasadę, że jeśli Bałtyk, to tylko po sezonie. Puste plaże i kurorty po których hula jeno wiatr przyciągają mnie jak magnes. Nie tylko zresztą mnie, zainteresowanym polecam lekturę peanu na cześć wymarłego nadbałtyckiego wczasowiska, czyli Drwala Michała Witkowskiego.

Więc gdy na zewnątrz zrobiło się tak brzydko, że już bardziej się nie da, poleciałam do Trójmiasta. Znów spakowałam mały placek, znów zarezerwowałam nocleg na Airbnb i siup niecałą godzinę później już byłam w Gdańsku.

Spałam we Wrzeszczu (kwatera bardzo taka sobie, pomna tych doświadczeń już wiem, że trzeba się dokładniej wczytywać w recenzje), ale większość czasu i tak spędzałam w Gdyni. W końcu nie na darmo tytułuję się największą samozwańczą zamiejscową fanką tego miasta. Ale jeden dzień poświęcam na wędrówkę po nieoczywistych kątach Gdańska (będzie o tym wpis), a 11 listopada jadę do Juraty i Jastarni. Na Helu klimat był trochę jak z Drwala a trochę jak z Wanny z kolumnadą Springera (o czym też będę pisać wkrótce).

A że dni w listopadzie krótkie, to po zmierzchu siedziałam w teatrze. Najpierw umarłam i trafiłam prosto do musicalowego nieba na Notre Dame de Paris w gdyńskim Teatrze Muzycznym (to spektakl – petarda, a dlaczego trzeba go zobaczyć sprawdźcie tutaj), a potem zmartwychwstałam na Portrecie damy w Teatrze Wybrzeże. Co do tego drugiego spektaklu mam trochę mieszane odczucia.

Gdynia. Okolice Muzeum Emigracji.

Gorące źródła najlepsze w grudniu

Ale nim odmoczyliśmy wymarznięte członki w rozkosznie gorącej (38 stopni!) wodzie w oldskulowych termach w Orawicach, zaliczyliśmy najnowszą (za przeproszeniem) atrakcję turystyczną Słowacji, czyli ścieżkę w koronach drzew w Dolinie Bachledki.

A tam piekielny wiatr przewiał nam uszy i wymroził nosy. Dlatego trasę w koronach drzew przelecieliśmy kurcgalopem, a wieżę widokową to już w ogóle. Rzut oka w prawo, rzut w lewo i biegiem w dół. Jeśli Szanowni Państwo wybierają się do Bachledki zimą (co wcale nie jest głupim pomysłem), to proponuję założyć na siebie nawet więcej warstw niż ustawa przewiduje. A potem solidnie odmoczyć się w ciepłej wodzie (akurat term w tamtych okolicach nie brakuje).

trasa ścieżka w koronach drzew słowacja chodnik bachledka

Ścieżka w koronach drzew

A co w 2018 roku?

Próżnować nie mam zamiaru, a pierwsze bilety już czekają. W styczniu szykuję się na karnawał w Wenecji, a w marcu lecę do Szkocji! Ale to dopiero początek, bo w zanadrzu mam jeszcze dwa musicale: Wiedźmina w Teatrze Muzycznym w Gdyni oraz Jesus Christ Superstar w Teatrze Muzycznym w Łodzi.

I to nie jest moje ostatnie słowo!

A Szanowni Państwo gdzie zawitali w tym roku? I jakie mają plany na przyszły rok?


Spodobał się wpis? Puść go dalej!
Nie chcesz przegapić kolejnych?
Dołącz do mnie na instagramie lub Facebooku!
Albo zostaw swój e-mail (boks w prawej kolumnie bloga), a dostaniesz powiadomienie natychmiast po publikacji.

Zdjęcie w nagłówku: Pexels
Pozostałe robiłam, ja, Zofia moim chińskim telefonem.

Komentarze Facebooka