Wbrew zdrowemu rozsądkowi (bo uroda dyskusyjna, bo w metrze szczury wielkości kotów, bo wszędzie daleko albo jeszcze dalej, bo syf, a ‘Ordnung muss sein’ najwyraźniej tu nie obowiązuje) wracam z Berlina oszołomiona i zafascynowana. I ciągle mi tego Berlina mało!

  • Bo Berlin jest cudowny! (i obrzydliwy).
  • Bo bardzo przypomina Polskę (Berlin Wschodni trochę jak Warszawa, ale na sterydach).
  • I jednocześnie nie przypomina Polski wcale.
  • Bo Berlin przygarnie i dziecię boże. I freaka.
  • Ergo w Berlinie każdy może czuć się dobrze. Kładąc nacisk na może.
  • Bo znajdziesz tu wszystko czego dusza zapragnie (włącznie z moim ulubionym UNIQLO)
  • Bo w Berlinie nawet matka z potomkiem w wózku ma prawo napić się piwa w parku w słoneczny dzień (zresztą nie tylko w parku i nie tylko w słoneczny dzień, bo w Berlinie picie w miejscach publicznych jest – !!! – zupełnie legalne, ergo nikt tej matki nie wyzwie od patolo ani nie naśle pomocy społecznej).

Dodajmy jeszcze do tego Mur Berliński wraz z wszelkimi reperkusjami, My dzieci z dworca ZOO (książka i film), Heroes Davida Bowiego i Kabaret Boba Fosse’a, mnóstwo zieleni (podobno dwa i pół tysiąca parków, czy to w ogóle możliwe?), jeziora (nie jedno!), niewyobrażalne ilości opuszczonych budynków, jeszcze więcej street artu… Mogłabym tak długo.

Więc tak, Berlin znów zrył mi beret i znów wróciłam z niedosytem.

Berlin Alexander Platz

Berlin w pigułce: wieża telewizyjna, blokasy i monumentalne muzeum (Bode)

Najlepsze co możesz zrobić w Berlinie to kupić sobie bilet dobowy

Albowiem odległości w stolicy Niemiec bywają zabójcze.

Dlatego dobry plan zwiedzania to podstawa. Mój nie był dobry. Logistyk ze mnie żaden. Więc śmiało, uczcie się na cudzych błędach i jeśli Mili Państwo planujecie zwiedzanie Berlina to radzę trzymać się linii metra i kolejki.

Bo blisko na mapie nie musi równać się blisko w realu.

Zwłaszcza, jeśli po drodze z punktu A do B musisz się dwa razy się przesiąść, zejście na peron jest ukryte (dla zmylenie wroga?), a winda zamiast w dół jeździ tylko w górę. A potem jeszcze pociąg bez ostrzeżenia nie zatrzymuje się tam gdzie właśnie masz wysiąść (a ja głupia myślałam, że stacje-widma zniknęły wraz z NRD).

Haus des Lehrers tuż przy Alexanderplatz

Ergo połowę pobytu w Berlinie spędziłam w pociągach lub miotając się między peronami. Co w żadnym razie nie przeszkodziło mi wydeptywać ponad 30 tysięcy kroków. Dziennie. Dlatego najlepsze co można zrobić w Berlinie to kupić sobie dzienny bilet na komunikację miejską. Przyjemność ta kosztuje 7 euro i zwraca się już w okolicach trzeciego przejazdu. Do kompletu przyda się tutejsza wersja Jak Dojadę, czyli aplikacja BVG (berlińskiego operatora transportu publicznego).

Zupełnie zaś gratis do biletu dostaje się widoki (przeżycia) niezapomniane. Nie tylko za oknem (a mamroczący polskie przekleństwa sobowtór Arkadiusza Jakubika w kiecce z falbankami albo szczurza rodzina nie przerywająca wieczerzy nawet gdy pociąg przetacza im się nad łebkami, to tylko mała próbka).

Ale uwaga! Jako że Berlin (po zmroku) leży wcale nie tak daleko od IX kręgu piekła, mogą zdarzyć się widoki, których (jakby to…) odwidzieć się nie da.

Berlin

Berlin światową stolicą hipsterów

(a jeśli nie światową, to przynajmniej Europejską)

Berlin jest tak bezglutenowy, organiczny i raw, że bardziej się nie da.
Ale że jest to też miasto szalenie egalitarne, to bez problemu zjesz tu i wegańską pizzę z biojarmużem zrywanym o brzasku przez szczęśliwych rolników i kiełbasę w bułce podlaną keczupem z budki na ulicy. Albo jeszcze lepiej falafel. Bo falafel w Berlinie robią doskonały.

Do tego wnet okaże się, że wszystko to, co teraz w Polsce tak bardzo kochamy zgapiliśmy zza Odry. Kawa z mlekiem owsianym i kanapki z awokado, śniadanka na mieście, zloty foodtracków, kraftowe piwka i fantazyjne oranżady, bio ciuchy za średnią krajową, street art, przekształcanie postindustrialnych ugorów w knajpy i centra kultury. Można by wymieniać w nieskończoność.

Tak, Berlin był w forpoczcie hipsterki zanim my dobrze poznaliśmy znaczenie tego słowa.

Berlin

Centrum Sztuki Współczesnej KINDL, a dokładnie kawiarnia w zabytkowym pomieszczeniu browaru. Żeby nie było, piwo nadal się tam warzy (ale w piwnicy)

Gentryfikacja po berlińsku 

Recykling miejsc to specjalność Berlina.

Na przykład: Wczoraj krematorium. Dziś wegańska kawiarnia, a po lunchu możesz obejrzeć jakąś wystawę. Albo zostać na koncercie (wcale nie żałobnych marszy, haha).

To nie (umiarkowanie smaczny) żarcik, a Silent Green Kulturquartier w dzielnicy Wedding, czyli pierwsze w historii Berlina krematorium przemianowane na centrum kultury i kawiarnię.

Lunch w krematorium? Takie rzeczy tylko w Berlinie

Albo śliczna willa z belle epoque trzy kroki od Kurfürstendamm. Dziś to siedziba berlińskiego Domu Literatury (Literaturhaus) z księgarnią w suterenie oraz kawiarnią w oranżerii. I pięknym ogrodem. Ale kilkadziesiąt lat wstecz w tych uroczych wnętrzach urzędowała dyskoteka. Oraz regularny zamtuz. A potem w planach było wyburzenie willi na poczet miejskiej autostrady.

I wreszcie hotel, w którym nocowaliśmy. Pokój był absurdalnie duży (żaden junior suite, a jednak wielkości małego mieszkania), z balkonem (po co?), miejscem do podpięcia pralki w łazience (wiadomo, bez pralki żaden turysta nie rusza się z domu), licznikami na wierzchu (i ten lęk czy przy check-out nie każą dopłacić za zużytą wodę?) oraz… domofonem. I skrzynkami pocztowymi na parterze. Na niektórych wciąż były nazwiska lokatorów.

Czy to znaczy, że w Mercure Berlin Alexanderplatz mieszkają nie tylko goście hotelowi? I co się stało z resztą mieszkańców? Wyparowali? I czy kiedyś z powrotem wparują? (i zrobią użytek z domofonów i wpustów na pralkę?). Czy tylko mi nie dają spokoju takie sprawy?

Literaturhaus

Ale pomijając łatkę hotelu-widma (oraz sąsiedztwo gigantycznego opuszczonego od dekady gmachu enerdowskiego urzędu statystycznego Haus der Statistik), to nocleg w Mercure Berlin Alexanderplatz generalnie polecam, zwłaszcza przez wzgląd na doskonałą lokalizację. Do stacji U-Bahn i S-Bahn (oraz Primarka) na Alexanderplatz jest żabi skok. Więcej berlińskich noclegów.

(i jeszcze useful tip: w Berlinie płaci się podatek turystyczny. Spory, bo to 5% kosztów noclegu. Zwolnieni są przybysze w celach biznesowych, i taki powód przyjazdu do Berlina zasugerowała nam recepcjonistka. Nic nie sugeruję, ale może i Miłym Państwu ta wiedza do czegoś się przyda ;-)).

O czym myślę kiedy myślę o Berlinie?

O Petersburgu. Bo Berlin i Petersburg mają wspólne mianowniki.

Na przykład oba miasta, wbrew wszelkiej logice, założono na bagnach.

W obu panuje też architektoniczna gigantomania. Szary obywatel ma czuć się mały. Tyci. Maluteńki.

Berlin Treptower Park

Nekropolia żołnierzy radzieckich w Treptower Park

Przykłady w Berlinie?

Taka Karl-Marx-Allee (dawniej aleja Stalina) w Berlinie Wschodnim to monstrualna monumentalna sceneria z kamienia i betonu.

Po trzy pasy w każdą stronę plus pas ziemi niczyjej plus parking plus szerokie trotuary plus pas zieleni plus monumentalna mieszkaniówka (przy której warszawski MDM to domki dla krasnali). W połowie Strausberger Platz i dalej Frankfurter Tor. Generalnie nim zdołasz przebić się na drugą stronę Karl-Marx-Allee zapomnisz po co w ogóle to robisz.

(ale Unter den Linden w Zachodnim Berlinie też do kameralnych ulic zaliczyć nie można)

Albo Pomnik Żołnierzy Radzieckich w Treptower Park (Sowjetisches Ehrenmal im Treptower Park, w mniej oficjalnej wersji zwany także Grab des unbekannten Vergewaltigers, czyli grób nieznanych gwałcicieli).

Pomnik to taka skromna (i nijak mająca się do rzeczywistości) nazwa dla dziesięciohektarowego wycinka parku z hipernaturalistycznymi posągami radzieckich żołnierzy (z pepeszami wielkości przechodnia) i kopcem w centralnym punkcie. A na szczycie kopca odlany z brązu sowiecki żołnierz jednocześnie tuli dziecko i depcze swastykę. Bagatela 30 metrów wysokości. Nawiasem mówiąc warto wspiąć się do jego stóp, bo w postumencie czeka bonus – socrealistyczna mozaika.

Berlin Treptower Park

Ale na tym podobieństwa się nie kończą.

Bo i Berlin i Petersburg w swych długich i burzliwych dziejach zaliczyły blokadę

Ironia losu polega na tym, że to oba narody blokowały się nawzajem.

Najpierw naziści na dwa i pół roku odcięli Petersburg (wtedy Leningrad, fakt). A niespełna pięć lat później sowieci zablokowali Berlin Zachodni na kolejne 11 miesięcy. W tym czasie do zachodnich sektorów jedzenie (a także leki, węgiel, materiały budowlane i całą resztę) dostarczały bombowce zwane rodzynkowymi. Zgadnijcie dlaczego.

Rosinenbomber zresztą jeszcze przyfruną na bloga. Podobnie jak Berlin, bo ten wpis to dopiero rozgrzewka. Spodziewajcie się niespodziewanego (no bo to Berlin – miasto miast w końcu!).


Ciekawy wpis? Puść go dalej! Śmiało 🙂
Nie chcesz przegapić kolejnych?
Dodaj mnie do Feedly albo dołącz do mnie na Instagramie lub Facebooku!
A najlepiej zostaw e-mail poniżej

Sprawdź swoją skrzynkę, potwierdź subskrypcję, a powiadomienia o nowych wpisach dostaniesz natychmiast po ich publikacji.


Komentarze Facebooka